W sobotę 28 lutego trzy żywioły – powietrze, woda i ogień opanowały Halę Stulecia. Trzy nazwiska – Kurzak, Alagna i Cugowski przyjęły ikoniczną moc żywiołów, by na zawsze zapaść w pamięci słuchaczy. Prowadząca koncert Agnieszka Kapłon – Kulig wielokrotnie porównywała do nich temperamenty artystów.

Żywioł pierwszy – Powietrze
Aleksandra Kurzak. Od subtelnego zefira w „ Vissi d’arte” z „Tosci”, po gorące i roztańczone arie operetkowe jak zawsze zaprezentowała się w całej swojej okazałości głosowej. I o ile można było się spodziewać się najwyższej formy głosowej w dobrze już ośpiewanych przez panią Aleksandrę ariach, o tyle duet w utworze „Martwe morze” z repertuaru „Budki Suflera” mógł rodzić obawy. Na szczęście zbytecznie. Utwór nabrał nowej jakości. Po ostrym rockowym brzmieniu Cugowskiego, Kurzak wygładziła tą pieśń z wrodzoną subtelnością. To oczywiście nie przeszkodziło w dalszej części koncertu bawić publiczność także tańcem i poczuciem humoru. Od zefira po huragan, taka jest Aleksandra Kurzak.

Żywioł drugi – Woda
Roberto Alagna. Po raz pierwszy dane mi było usłyszeć Roberto w pełnej koncertowej krasie. I tutaj rzecz ma się bardzo podobnie jak u jego małżonki. To nie jest – jak zwykło się mówić – cicha woda. Doskonała dykcja w zaśpiewanej po polsku arii Jontka z „Halki” – „Szumią jodły na gór szczycie” urzekła publiczność. Jak wspomniane zostało to przed arią, przez prowadzącą koncert, aria ta miała być hołdem dla polskiej publiczności oraz oczywiście dla swojej małżonki. To bezbłędne wykonanie znalazło się także na ostatniej płycie artysty.

Kulminacyjny sztorm Alagna osiągnął śpiewając włoską pieśń „Bella Ciao”, gdzie zgodnie z zapowiedzią, rozgrzał publiczność. Umyślnie nie wspominam tutaj o innych ariach ponieważ wiadomym jest powszechnie, że Roberto swój repertuar klasyczny wykonuje równie doskonale jak małżonka.

Żywioł trzeci – Ogień
Krzysztof Cugowski. Tutaj warto zatrzymać się na dłużej. Podobnie jak ogień, Cugowski pojawiając się na scenie nie zostawia cienia wątpliwości kto rządzi sceną. Specjalnie przygotowane na tę okazję symfoniczne wersje takich utworów jak „Cień wielkiej góry”, „Lubię ten stary obraz” czy też „Szalony koń” z początków kariery z „Budką…” – brzmiały jak specjalnie napisane suity. Słuchało się tego z zapartym tchem.

Ciekawym okazały się także duety z Aleksandrą Kurzak – wspomniane już „Martwe morze” czy też „Usta milczą” z „Wesołej wdówki” Franza Lehara. Podczas wykonania klasyków Raya Charlesa – „ Georgia” i „My Way” z repertuaru m.in. Franka Sinatry doszło do starcia ognia z wodą, gdyż na scenie pojawił się z Krzysztofem Cugowskim także Roberto Alagna.

Dwa zupełnie inne głosy wydawały się ścierać ze sobą by ostatecznie łączyć się harmonicznie w górnych dźwiękach, w których to – bądźmy szczerzy – Cugowski czuje się równie wyśmienicie jak śpiewacy operowi. Jedynym mankamentem koncertu okazał się język włoski w przypadku Cugowskiego, o czym wspominam tylko z kronikarskiego obowiązku, gdyż nie dało się tego nie zauważyć. Jednak bardzo szybko operowi goście przychodzili z pomocą, tak, że nawet sztandarowy już utwór na zakończenie tego typu koncertów – „Time to say goodbye” wybrzmiał całkiem udanie.

Na bis publiczność została uraczona słynnym neapolitańskim przebojem „Funiculi, funicula”, która to pieśń urosła do rangi włoskiego symbolu choć właściwie jest prostą piosenką , napisaną przez Luigiego Denza i opowiadającą o kolejce górskiej, która prowadzi na szczyt Wezuwiusza. Utwór powstał na otwarcie tejże atrakcji turystycznej, bardziej jako żart, a stał się ogólnoświatowym hitem, po który sięgają wszyscy praktycznie śpiewacy operowi. Taki paradoks losu.

Magiczny chór i orkiestra
Oczywiście cały koncert nie mógłby się odbyć bez świetnie przygotowanego chóru „Elementorum” i Orkiestry Symfonicznej im Karola Namysłowskiego w Zamościu pod batutami Tadeusza Wicherka i Szymona Makowskiego. A przyznać trzeba, że różnorodność wykonawcza stawiała przed tymi zespołami nie lada wyzwania. Otwierająca koncert „O Fortuna” i „Fortune plango vulnera” z kantaty „Carmina Burana” Carla Orffa wymagają nie lada precyzji zarówno w warstwie tekstowej jak i muzycznej. „Va pensiero” z „Nabucca, „Chór Cyganów z „Trubadura” Giuseppe Verdiego czy też specjalnie zaaranżowane partie chóru do utworów wykonywanych przez Cugowskiego można by również porównać do skrajnie różnych żywiołów. Całość ubarwiały piękne wizualizacje, których autorem był Andy Sokół. Kiedy więc na jednej scenie spotyka się tyle wybitnych osobowości, to musi skończyć się sukcesem.

Zazwyczaj takie starcie żywiołów musi przynieść ofiary, tutaj na szczęście obyło się bez nich i nikomu z opuszczających Halę Stulecia w doskonałych humorach widzów nie przeszkadzał fakt, że prawie dochodziła już północ. Pozostał piękny niedosyt.
Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



