Cyber-apokalipsa pod Ścianą Płaczu. Futurystyczna „Salome” w Bydgoszczy

XXXII Bydgoski Festiwal Operowy zakończył się spektaklem niezwykłym. Łotewska Opera Narodowa przywiozła do Bydgoszczy futurystyczną „Salome” Richarda Straussa w reżyserii Alvisa Hermanisa – wizję świata pogrążonego w religijnych konfliktach, technologicznej apokalipsie i emocjonalnym chaosie. Pod Ścianą Płaczu roku 2030 prorok staje się androidem, Salome wystylizowana jest na Amy Winehouse, a obsesyjna namiętność prowadzi ku samozagładzie.

Bydgoski Festiwal Operowy od lat pozostaje zjawiskiem wyjątkowym na mapie polskiej kultury – to największy i najbardziej ambitny przegląd teatru muzycznego w kraju, jedyne wydarzenie w Polsce, które z taką konsekwencją i rozmachem prezentuje pełne spektrum operowych estetyk, tradycji i współczesnych interpretacji. W Bydgoszczy spotykają się wszystkie muzyczne światy. XXXII edycja festiwalu po raz kolejny udowodniła, że to prawdziwe święto muzyki.

Przed rokiem ogromne emocje wywołała monumentalna „Elektra” Richarda Straussa w wykonaniu Opery Sofijskiej – spektakl brutalny, psychologicznie gęsty i muzycznie oszałamiający. W tym roku organizatorzy ponownie sięgnęli po Straussa, zapraszając Łotewską Operę Narodową z Rygi z „Salome” w reżyserii Alvisa Hermanisa. Ten sam teatr siedem lat temu zachwycił bydgoską publiczność znakomitym „Don Pasquale”. Tym razem jednak zamiast komediowej lekkości otrzymaliśmy wizję mroczną, futurystyczną i niepokojącą – operowy psychothriller o świecie stojącym na granicy rozpadu. Finał festiwalu okazał się wydarzeniem niezwykłym, a teatr wypełnił się po brzegi.

„Salome” Łotewskiej Opery Narodowej na XXXIII Bydgoskim Festiwalu Operowym © Agnese Zeltiņa
„Salome” Łotewskiej Opery Narodowej na XXXIII Bydgoskim Festiwalu Operowym © Agnese Zeltiņa

„Salome” Łotewskiej Opery Narodowej okazała się jednym z najmocniejszych punktów tegorocznego festiwalu. Hermanis tworzy teatr idei, który prowokuje, drażni i zmusza do stawiania pytań o przyszłość świata, w którym człowiek coraz bardziej traci kontakt z drugim człowiekiem. A jednocześnie – mimo całego futurystycznego kostiumu – pozostaje opowieścią o obsesji silniejszej niż rozum, o pożądaniu prowadzącym ku samozagładzie i o świecie, w którym namiętność zawsze kończy się katastrofą.

Punktem wyjścia pozostaje oczywiście historia obsesyjnej namiętności Salome wobec proroka Jochanaana, miłości prowadzącej do przekroczenia wszelkich granic: moralnych, religijnych i ludzkich. Alvis Hermanis przenosi jednak akcję ze starożytnej Judei do futurystycznej rzeczywistości Izraela roku 2030. Już pierwsze obrazy sugerują, że oglądamy świat niedalekiej przyszłości – być może państwo Izrael już nie istnieje, lecz pod pozostałościami Ściany Płaczu nadal toczą się religijne konflikty i wojny ideologiczne. Opowieść Oscara Wilde’a i Richarda Straussa zostaje wpisana w wizję cywilizacji pogrążonej w chaosie, gdzie sacrum miesza się z technologią, a duchowość staje się polem politycznej i technologicznej walki.

Ogromną rolę w budowaniu tej apokaliptycznej atmosfery odegrała również strona wizualna przedstawienia. Alvis Hermanis stworzył spektakl niezwykle konsekwentny estetycznie – od ascetycznej, symbolicznej scenografii po sugestywne projekcje wideo Inety Sipunovej, w których sztuczna inteligencja generuje niepokojące wizerunki Salome, Jochanaana i Chrystusa. Kostiumy Jany Čivžele umiejętnie łączą współczesność z futurystyczną groteską, zaś choreografia Elzy Leimane nadaje scenom zbiorowym niemal rytualny charakter (fascynujący Taniec Siedmiu Zasłon, podczas którego siedem tancerek zdejmuje hidżaby, kwefy i czadory). Całość dopełnia znakomita reżyseria świateł Oskarsa Pauliņša.

Rihards Mačanovskis (Jochanaan) © Agnese Zeltiņa
Rihards Mačanovskis (Jochanaan) © Agnese Zeltiņa

Najbardziej frapującym pomysłem tej inscenizacji jest postać Jochanaana. Hermanis przedstawia proroka jako biorobota – istotę zawieszoną między człowiekiem a maszyną, między religią a algorytmem. Jan Chrzciciel staje się tutaj symbolem nowej wiedzy, nowej religii albo może nowej formy świadomości, której panicznie obawia się Herod. To właśnie nauka, technologia i sztuczna inteligencja okazują się największym zagrożeniem dla świata władzy i zepsucia.

Ta wizja nie zawsze pozostaje całkowicie spójna dramaturgicznie – momentami można odnieść wrażenie, że historia zostaje nagięta do reżyserskiej koncepcji. Jednak siła obrazów okazuje się ogromna. Jochanaan jest pojmanym androidem, a kiedy Salome otrzymuje jego głowę, nie tarza się w krwi, lecz zostaje opleciona kablami i przewodami. W przejmującym finale formuje z nich dziecko i tuli je niczym własne, nierealne marzenie. To wizja jednocześnie metaforyczna, perwersyjna i zaskakująco gorzka – android nie pozwolił się dotknąć, więc Salome pozostaje jedynie fantazja o bliskości i macierzyństwie.

Inna Kločko (Salome) © Agnese Zeltiņa
Inna Kločko (Salome) © Agnese Zeltiņa

Hermanis konsekwentnie buduje świat pełen politycznych i kulturowych napięć. Narraboth i Paź Herodiady są islamskimi bojownikami z karabinami przewieszonymi przez ramię. Samobójstwo Narrabotha nie jest romantycznym gestem – bohater dosłownie wysadza się w powietrze. Reżyser miesza historyczność z futurystyczną apokalipsą, religijny symbolizm z estetyką science fiction. Ta „Salome” chwilami szokuje, chwilami prowokuje do śmiechu, ale przede wszystkim imponuje rozmachem wyobraźni.

„Salome” Łotewskiej Opery Narodowej na XXXIII Bydgoskim Festiwalu Operowym. Raimonds Bramanis (Naraboth) i Inna Kločko (Salome) © Agnese Zeltiņa
„Salome” Łotewskiej Opery Narodowej na XXXIII Bydgoskim Festiwalu Operowym. Raimonds Bramanis (Naraboth) i Inna Kločko (Salome) © Agnese Zeltiņa

Alvis Hermanis należy dziś do najważniejszych europejskich reżyserów teatralnych i operowych. Dyrektor artystyczny Nowego Teatru w Rydze od 1997 roku, twórca ceniony za hiperrealistyczny język sceniczny i bezkompromisowe wizje, regularnie pracuje na największych scenach świata – od Burgtheater po La Scalę i Operę Paryską. W operze zadebiutował stosunkowo późno, ale szybko stał się jednym z najgłośniejszych nazwisk współczesnej reżyserii muzycznej. Na Festiwalu w Salzburgu przygotował między innymi „Żołnierzy” Zimmermanna, „Gawaina” Birtwistle’a oraz „Trubadura” Verdiego. Jego teatr zawsze pozostaje polityczny i świadomie prowokacyjny. Reżyser aktywnie krytykuje agresję Rosji, otwarcie wypowiadając się o sytuacji geopolitycznej i ideologicznej w Europie.

„Salome” Łotewskiej Opery Narodowej na XXXIII Bydgoskim Festiwalu Operowym © Agnese Zeltiņa
„Salome” Łotewskiej Opery Narodowej na XXXIII Bydgoskim Festiwalu Operowym © Agnese Zeltiņa

Bardzo interesująco została poprowadzona sama Salome. Od początku wiadomo, że bohaterka zmierza ku katastrofie – Hermanis stylizuje ją na Amy Winehouse, ikonę autodestrukcji i emocjonalnego zagubienia. Inna Kločko śpiewała tę partię znakomicie – w jej pozornie delikatnym głosie pobrzmiewało dziecięce zagubienie, ale w momentach dramatycznych artystka potrafiła wydobyć dużą siłę ekspresji, nie forsując przy tym brzmienia. Była niezwykle plastyczna aktorsko i muzycznie, tworząc portret bohaterki kruchej, neurotycznej i tragicznej.

Rihards Mačanovskis jako Jochanaan imponował kulturą frazy i szlachetnością, choć jego głos wydawał się momentami zbyt liryczny do monumentalnej partii proroka. Herod Andrisa Ludvigsa był jednocześnie odrażający i groteskowy – artysta świetnie balansował między wokalnym szaleństwem a kontrolowaną aktorską przesadą. Ilona Bagele jako Herodiada stworzyła postać brutalną i ekspresyjną; dramatyczne kulminacje prowadziła z dużą siłą sceniczną, choć czasem forsowała swój głos kosztem czystości intonacji. Raimonds Bramanis jako Narraboth dysponował ciemnym, mocnym tenorem o dużej swobodzie wyrazowej. Z kolei Irma Pavāre wykreawała Pazia gęstym, wyrazistym mezzosopranem.

„Salome” Łotewskiej Opery Narodowej na XXXIII Bydgoskim Festiwalu Operowym © Agnese Zeltiņa
„Salome” Łotewskiej Opery Narodowej na XXXIII Bydgoskim Festiwalu Operowym © Agnese Zeltiņa

Dyrygent Mārtiņš Ozoliņš prowadził orkiestrę Łotewskiej Opery Narodowej z ogromną energią i wyczuciem dramatycznych kulminacji. Straussowska partytura pulsowała tutaj rytmem rozchwianego, nerwowego walca wiedeńskiego – dekadenckiego i rozgorączkowanego. Interpretacja była dynamiczna i efektowna, choć chwilami brakowało większej subtelności oraz lirycznego zawieszenia, które w muzyce Straussa bywa równie istotne jak eksplozje brzmienia.

Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕

Postaw kawę
reklamaspot_img
reklamaspot_img
reklamaspot_img
reklamaspot_img
reklamaspot_img
reklamaspot_img

Również popularne