REKLAMA

80. Międzynarodowy Festiwal Chopinowski w Dusznikach Zdroju. Artyści i interpretacje

W Dusznikach obserwowaliśmy niezwykłe bogactwo osobowości pianistycznych – od młodych laureatów prestiżowych konkursów, po mistrzów z wieloletnią tradycją estradową. Były tu zarówno olśnienia i wzruszenia, jak i momenty rozczarowania – wszystko to, co składa się na żywy portret współczesnej pianistyki w jej najróżniejszych odcieniach.

Po sześciu latach przybył do Dusznik młody pianista z brytyjskiej części Hong-Kongu, Aristo Sham, triumfator tegorocznego Konkursu Vana Cliburna w Fort Worth w Teksasie. Pianistyka Shama to niewątpliwie sztuka nowej generacji – szybkie tempa, drapieżne wypiętrzenia faktur, uwolniony drive basu, łączą się z przepięknym rzeźbieniem w motywach fraz, eufoniczną przejrzystością i bogatą skalą dynamiczną. To pianistyka wszechstronna – szczególnie sugestywna w organowo poprowadzonej Chaconne d-moll Bacha w oprac. Busoniego, przywodzącej kreację Artura Benedettiego-Michalengelego na koncercie towarzyszącym Konkursowi Chopinowskiemu w Warszawie w 1955 r., czy fragmentach ze skrzypcowej Partity E-dur w opracowaniu Rachmaninowa. Szkoda tylko, że Chopin artysty (Nokturn c-moll, Ballada f-moll) był pozbawiony naturalnej prostoty, a jego „Hammerklavier”Beethovena niestety zbyt „harleyowska” w tempie i mało intelektualna – z archaizującym, właściwym XVIII-wiecznej improwizacji Adagiem. Czegoś tu zabrakło.

Marc Laforêt © Szymon Korzuch
Marc Laforêt © Szymon Korzuch

Wieczorem Marc Laforêt, laureat II nagrody na Konkursie Chopinowskim w 1985 r. (oraz nagrody PR za mazurki, jak również nagrody publiczności), zastępujący Siergieja Babajana, wykonał monograficzny program chopinowski. Rzadko słyszy się chopinistykę tak harmonijną w środkach, gdzie subtelna i zniuansowana kantylena łączy się z umiarem, z organicznym zrośnięciem formy, bez przesytu pomysłów i zmęczenia materiału. Mazurki (op. 33 i 24) były idealnie taneczne. Pianista to wysmakowany, we wciąż znakomitej formie. Chcemy go słuchać częściej w Polsce.

Następnego dnia do Dusznik po raz drugi przybył zwycięzca m. in. konkursów Rubinsteina w Tel-Avivie (2023) i w Genewie (2021), 20-letni Kanadyjczyk Kevin Chen. Pół recitalu ten tegoroczny uczestnik Konkursu Chopinowskiego przeznaczył na Chopina (Nokturn c-moll op. 48, Polonez-Fantazja, Sonata h-moll), przywołując brawurowe odczytanie etiud op. 10 kompozytora w Dusznikach w 2023 (rok później zagrał op. 25 na „Chopinie i jego Europie”), pół na twórczość Ferenca Liszta (Ballada h-moll, 104. Sonet Petrarki, Reminiscencje z „Don Juana”). Jego Chopin niestety wydaje mi się zbyt klasycyzujący, pokryty lewym pedałem, mało swobodny w rubacie, mimo lekkości środków w Sonacie, Liszt natomiast niezrównany w doborze wirtuozowskich możliwości, w leggiero, w odcieniach koloru i wyrazistej dramaturgii mozartowskich postaci w Reminiscencjach.

Gabriela Montero © Szymon Korzuch
Gabriela Montero © Szymon Korzuch

Wieczorem znowu Wenezuelka Gabriela Montero, laureatka III nagrody na Konkursie Chopinowskim w 1995 roku, pianistka znana ostatnio z koncertów na „Chopinie i jego Europie”, w Dusznikach jednak koncertująca ostatnio w 1996 r., po Konkursie. Jej pianistyka od lat przeżywa, mam wrażenie, pewien kryzys. Jest zbyt siłowa, w zbyt mocnym forte. Choć koncepcja środków wydaje się interesująca, zwłaszcza w delikatnie rozsnuwanej kantylenie Nokturnów Des-dur i c-moll op. 48 Chopina, mniej przekonująca okazała się Sonata b-moll, z nadmiarem pedału, choć rubato okazało się smakowite, a finał impresjonistyczny. Po przerwie „Karnawał” Schumanna, zagrany niestety „en masse”, bez zróżnicowania narracyjnego odcinków, w szaleńczym tempie. Za to artystka ujęła tradycyjnymi dla siebie improwizacjami na tematy wyśpiewane przez publiczność: 4 intonacje z sali stały się podstawą wyrafinowanych, strukturalnie złożonych wariacji: polska melodia ludowa, „Summertime” Gershwina, a szczególnie „Zachodzi słoneczko”, z której artystka zrobiła nostalgiczne preludium w stylu Rachmaninowa, a potem finezyjną fugę, i góralska intonacja „Hej, bystra woda”, przekształcona w scherzino à la pierwsi pionierzy gór z czasów Paderewskiego, bardzo humorystyczne.

Następny dzień wypełnił recital słyszanego po raz kolejny w Dusznikach laureata II nagrody na ostatnim Konkursie Chopinowskim, japońskiego pianisty, Kyohei Sority. To pianista niebywale wszechstronny, łączący wspaniałą technikę, urodę brzmienia z darem narracji i apollińską jednością pomiędzy formą a treścią. Niestety coś się w jego stylu poplątało, coś być może zaczęło ewoluować, bo 4 Ballady Chopina artysta zagrał dziwnie dygresyjnie, w nieregularności metrycznej, w urywanych myślach, tak jakby szukał nowego stylu. Nie było to przekonujące. Po przerwie znowu zafrapował „Obrazkami z wystawy” Musorgskiego, zagranymi bruitystycznie, ogromnym dźwiękiem, w estetyce funeralnej, jak sam wyznał po koncercie (artysta widzi w utworze requiem) – było to bardziej przekonujące. Mnie jednak najbardziej zafrapowała idealnie harmonijna, zagrana z nieco pikantnym liryzmem „Pawana na cześć zmarłej infantki” Ravela, jak również wspaniały mechanizm Marsza tureckiego Mozarta i rozpoetyzowane, o wspaniałym cantabile „Widmung” Schumanna/Liszta na bis. Sorita jakby wracał do swojego dawnego stylu.

Eric Lu © Szymon Korzuch
Eric Lu © Szymon Korzuch

W Dusznikach zdarzają się czasem również gorsze dni. Podczas następnego wystąpiła zwyciężczyni zeszłorocznego Konkursu w Hamamatsu, Japonka Manami Suzuki. Niestety jej gra od początku recitalu wydała się więcej niż poprawna, akademicko wyszlifowana, ale bez cienia indywidualności i pewności środków. Tak było w Sonacie: Particie G-dur Hob. XVI: 6 Haydna, zagranej niczym węzełek na sznurku, z atrakcyjnymi jedynie ornamentami (Haydn nawiązuje tu do Scarlattiego), tak było z cukiereczkowatymi 3 Ecossaises Chopina, także w rozczłonkowanym II Walcu-Kaprysie Faurego. Jedynie w „Metopach” Szymanowskiego, partyturę skrajnie trudną i niemal atonalną, artystka umieściła więcej indywidualności. Po przerwie zabrzmiała późna Sonata G-dur D 894 Schuberta, zagrana przez Suzuki gdzieś pomiędzy żałobną tradycją Richtera i Leonskiej a optymistyczną Schiffa i Brendla, czyli bliżej Radu Lupu, przy czym była to konwencja doskonale skopiowana z obcej poetyki, bez cienia indywidualności, z pominięciem, że ta trudna, dygresyjna, pełna zatrzymań sonata wymaga szerszego myślenia wariacyjnego. Długa droga jeszcze przed Suzuki aby stać się pełnoprawną indywidualnością – dziwne, że jury Konkursu Hamamatsu stawia na tak poprawną pianistykę.

Przeciwwagą była jej rodaczka – laureatka IV nagrody na ostatnim Konkursie Chopinowskim – Aimi Kobayashi. Jej 4 Impromptus D. 935 Schuberta były idealne – mocno skontrastowane frazowanie nie przeczyło cieniowanej dynamice, dużo niuansów – równowadze wyrazowej i naturalnemu oddechowi, balansowi między radością a szlachetną nostalgią. Rzadko się słyszy na polskich estradach tak świetnego Schuberta. Po przerwie w Mazurkach op. 59 Chopina zabrakło jej jednak trochę swobody romantycznej, ale artystka nadrobiła efekt w Sonacie h-moll, zagranej z pięknymi, perlistymi kaskadami dźwięku, z płynną lewą ręką, z miękkością narracji Larga, niczym nokturnu. Chapeau bas!

Kate Liu © Szymon Korzuch
Kate Liu © Szymon Korzuch

Wieczorem znowu słyszeliśmy artystę występującego w Dusznikach bodaj po raz trzeci, zwycięzcę m. in. Konkursu im. Królowej Elżbiety w Brukseli, izraelsko-rosyjskiego pianistę, Borysa Giltburga. W 2018 r. oczarował nas impresjonistycznym odczytaniem prawie wszystkich Etiud transcendentalnych Liszta. W tym roku wybrał znowu monograficzny program chopinowski (24 Preludia, Sonata b-moll, kolejna w wyjątkowym w tym roku maratonie sonat chopinowskich, Ballada f-moll, Scherzo E-dur). Tak zresztą jak w 2013 r. odczuliśmy, że jego frenetyczna natura, tendencja do dygresyjności, nagłych wybuchów ekspresji, zagęszczeń faktury i skrócenia rytmu, dodatkowo schowany, nie-chopinowski dźwięk, nie za bardzo pasowały do prostoty liryzmu naszego kompozytora. Może jedynie Ballada f-moll była przekonująca swoim ściszeniem i wolno narastającą dramaturgią. Na bis artysta odnalazł się w swoim żywiole – w fenomenalnym odczytaniach „Liebesleid” Kreislera/Rachmaninowa i Preludium g-moll op. 23 nr 5 ostatniego.

Harmonię środków za to odnaleźliśmy w grze dwudziestoparoletniego pianisty rosyjsko-hiszpańskiego, Philippa Lynova, startującego (pod neutralną flagą) w tegorocznym Konkursie Chopinowskim. Znów półrecital chopinowski zaprezentował jego wszystkie pozytywne cechy: piękne cantabile, harmonię środków, umiar, cieniowany kontrapunkt. Może zabrakło nam tu pewnego wyższego artyzmu, ale to kwestia obycia estradowego. Po przerwie zabrzmiały idealnie wyestetyzowane fragmenty z „Miroirs” Ravela: „Oiseaux tristes” i perfekcyjna rytmicznie „Alborada del gracioso”, a potem zagrana z ciemnymi nastrojami, nieco niekontrolowana, arcytrudna I Sonata Schumanna.

Piotr Anderszewski © Szymon Korzuch
Piotr Anderszewski © Szymon Korzuch

Czy mogło być na festiwalu coś bardziej fenomenalnego niż recital Piotra Anderszewskiego, prezentującego wybrane Klavierstücke, Intermezza i Fantazje op. 116-119 Brahmsa, w drugiej części zaś – dla kontrastu – zgodnie zresztą z ostatnim jego nagraniem – 14 Bagatel op. 6 Bartóka? Symboliczną klamrą dla tego niezwykłego wieczoru była oś śmierć – utracona miłość. Anderszewski swoje świetliste, impresjonistycznie rozmyte, niczym późne obrazy Malczewskiego interpretacje Brahmsa zamknął Intermezzem es-moll op. 118, z inicjalnym motywem z „Dies Irae”, gdzie optymistyczny, beethovenowski marsz przezwyciężenia z II odcinka wpada w świadomość śmierci w przywołaniu sekwencji średniowiecznej w III odcinku. Niezwykła była to interpretacja – skupiona na elementarnych strukturach interwałowych i bachowskich ostinatach, z drugiej stronie zaś na wyrazistej, węgierskiej stronie struktur kwartsekstowych (Anderszewski jest przecież w połowie Węgrem). Bartók – kończący się ironiczno-sarkastycznymi bagatelami na cześć utraconej przez kompozytora miłości, Stefi Geyer – o podtytułach „Ona umarła”i „Moje kochanie tańczy”(sarkastyczny walc) – tu Anderszewski rozwinął pełnię możliwości tego zniuansowanego, mieszczącego tysiąc problemów nowej atonalnej poetyki, dzieła.

80. Międzynarodowy Festiwal Chopinowski w Dusznikach Zdroju © Szymon Korzuch
80. Międzynarodowy Festiwal Chopinowski w Dusznikach Zdroju © Szymon Korzuch

O czym jeszcze trzeba wspomnieć na festiwalu? Koniecznie o dwóch półrecitalach chopinowskich nadziei tegorocznego Konkursu – laureatów II i I nagrody tegorocznego Ogólnopolskiego Konkursu Chopinowskiego, Krzysztofa Wiercińskiego i Mateusza Dubiela. Muszę przyznać, że bardziej zafrapowała mnie pianistyka Dubiela, harmonijna w środkach i apollińska, choć artyście brakuje trochę cierpliwości do ujmowania zróżnicowanych jakości ekspresyjnych muzyki Chopina – za dużo tu dystansu. Pianistyka Wiercińskiego, jest ciekawa, ale za dużo w niej kopii pomysłów z innych chopinistów. Tym niemniej trzymamy za obu panów kciuki.

Po fenomenalnym recitalu wiolonczela – fortepian z wszystkimi dziełami wiolonczelowymi Chopina i wybranymi transkrypcjami artystów tegoż kompozytora duetu Marcin Zdunik – Szymon Nehring, trzeba podsumować finał – był on zderzeniem wizji artystki często przebywającej do Polski – Kate Liu z kolejnym kandydatem w tegorocznym Konkursie Chopinowskim, i jej dawnym partnerem (jak również laureatem IV nagrody ex aequo na ostatnim Konkursie), Erikiem Lu. Oboje artystów wykonali po półrecitalu chopinowskim, potem jeszcze zagrali Rondo C-dur na 2 fortepiany Chopina i wyjątek z sonaty Mozarta. O ile pianistyka Kate Liu jest zawsze uwodzicielska swoją poetyką, o tyle poczucie formy w Chopinie Eric Lu miał lepsze (ona zagrała Sonatę b-moll, on h-moll).

Tak kończyła się ta niezwykła, niemal monograficzna odsłona jubileuszowa Festiwalu Chopinowskiego w Dusznikach-Zdroju. Życzmy tej inicjatywie kolejnych 80 lat!

reklamaspot_img
reklamaspot_img
reklamaspot_img
reklamaspot_img

Również popularne