Nowoczesna milionerka z Chicago, uwielbiająca jazz i taniec, przybywa do zrujnowanej Europy i zakochuje się w księciu Sándorze Borisie – arystokracie żyjącym wspomnieniami dawnej świetności, zakochanym w walcu i tradycji. Zderzenie dwóch światów: nowoczesności z historią, jazzu i charlestona z czardaszem i walcem, prowadzi do pasjonującej opowieści pełnej konfliktów, zwrotów akcji i nieoczywistych wyborów. Z tej – niemal baśniowej – historii rodzi się happy end, choć tytułowa bohaterka „Księżnej Chicago” pozostaje postacią autonomiczną, silną i niezależną. Charyzmatyczna, walcząca, zdeterminowana kobieta to zresztą nieodłączny element gatunku operetki.

„Księżna Chicago” jest dziełem wyjątkowym: po raz pierwszy tak wyraźnie splatają się w nim zaczątki jazzu z innymi stylami muzycznymi. Imre Kálmán marzył o wystawieniu swojej operetki w Nowym Świecie, jednak Broadway i hollywoodzka Fabryka Snów nie zaakceptowali tej propozycji.
Można się zastanawiać, dlaczego ten tytuł nie zawojował świata. Być może przyczyną była nadmierna chęć schlebienia wielu gustom naraz – a przecież ten, kto chce podobać się wszystkim, często nie podoba się nikomu. Kálmán kompozycyjnie wyruszył tu w nowe muzyczne rejony i połączył je w efektowny, choć ryzykowny miszmasz jazzu, charlestona i wiedeńskiego walca.
Operetka pełna jest przebojowych numerów – kilka z nich mogłoby śmiało konkurować z legendarnym utworem „Usta milczą, dusza śpiewa” z „Wesołej wdówki” Franza Lehára. Zachwycają duety protagonistów: „Książę mój, wybacz mi” czy „Walc zakochanych”, ale także partie solowe. Mary Lloyd olśniewa w „Slowfoxie od Mary”, a Sándor Boris wzrusza „Piosenką wiedeńską” i „To były czasy”, wszyscy odnajdują się w wielkoformatowych scenach zbiorowych.

W Polsce „Księżnę Chicago” wystawiano blisko sto lat temu – w 1929 roku. W partię tytułową wcielała się Xenia Grey, bohaterka fascynującej książki Bogusława Kaczyńskiego „Księżniczka Chicago. Dawnych wspomnień czar” (1993).
W Mazowieckim Teatrze Muzycznym powstało widowisko zwariowane, barwne i świadomie przerysowane. To świat z bajki, który w operetce sprawdza się znakomicie, choć w teatrze dramatycznym mógłby razić scenicznym przeładowaniem. Inscenizacja Michała Znanieckiego – jak często u tego reżysera – nie unika kiczu i estetycznego nadmiaru. Jest impresyjna, nastawiona na zabawę, a nie na teatralne katharsis; pełna, gęsta, momentami jest tu „wszystko wszędzie naraz”. Ale druga część, a zwłaszcza finałowe sceny, przynoszą oddech i liryzm. Wtedy szczególnie wybrzmiewa kruchość tytułowej bohaterki, wtedy też przestaje ona udawać, że jest zakochana w księciu, ale przede wszystkim zafascynowana kulturą Starego Świata Węgier. Stylowe, mocno osadzone w duchu epoki są kostiumy Małgorzaty Słoniowskiej oraz scenografia Luigiego Scoglio – razem tworzą spójny, efektowny obraz.

Dzieło Kálmána opiera się na starciu dwojga bohaterów: Miss Mary i księcia Sándora, którzy są niemal nieustannie obecni na scenie. Ich partie są gigantyczne, to do nich należy partytura: śpiewają arie, ale przede wszystkim tworzą wielki duet miłosny – pełen zalotnych przekomarzań, dumy i rozpaczy. To trochę szekspirowskie „Poskromienie złośnicy”, a trochę „Tristan i Izolda” – rolę magicznego napoju miłosnego przejmuje czardasz, którym bogata Amerykanka zostaje zahipnotyzowana. To także opowieść o spotkaniu i możliwym pojednaniu kultur – jazzu i czardasza, które mogą się przenikać i wspierać, rozgrywając się na tle wszechobecnego, niepokonanego wiedeńskiego walca.

Mazowiecki Teatr Muzyczny zaprosił do produkcji artystów operowych swobodnie poruszających się między różnymi technikami wokalnymi. Tenor Arnold Rutkowski jako Sandor wspaniale balansował między śpiewaniem operowym i rozrywkowym. W jego interpretacji było przede wszystkim serce, brzmiał pięknie belcantowo i swobodnie, z wzorcową artykulacją – można było zrozumieć każde słowo. Magdalena Stefaniak w partii tytułowej zachwyciła scenicznym artyzmem i aktorskim temperamentem. Perfekcyjnie oddała postać Amerykanki mówiącej po polsku z charakterystycznym akcentem i celowo „kaleczącymi” język rozwiązaniami. Całość spajała pełna czułości opieka orkiestrowa Krzysztofa Herdzina, który jest także autorem aranżacji. Warto podkreślić nową, odświeżoną wersję tłumaczenia autorstwa Magdaleny Sowińskiej.

Pozostała obsada – zwłaszcza druga para kochanków – została wyraźnie zarysowana, zgodnie z konwencją operetki. Wojciech Dzwonkowski stworzył charyzmatycznego, niemal demonicznego Bondy’ego, a Zuzanna Caban jako Rosemarie ujęła krystalicznym głosem i znakomitym portretem „seconda donna”. Świetni byli także bohaterowie drugiego planu: Martin Filipiak (Bojazowitz, minister finansów), Marta Florek (Maud), Monika Łopuszyńska (Edith) i Monika Pierzchała (Lilian), a także Ryszard Remiszewski (Charlie Fox, podstępny producent z Hollywood”).

Jedynym poważnym mankamentem pozostaje akustyka Kina Praha – nagłośnienie zniekształca brzmienie orkiestry i głosów solistów, czyniąc przekaz muzyczny zbyt agresywnym. To problem, nad którym Mazowiecki Teatr Muzyczny zdecydowanie powinien się pochylić.
„Księżna Chicago” w MTM okazała się prawdziwym świętem operetki. Dzięki tej realizacji legendarne dzieło bohaterka Kálmána wraca na scenę jako dzieło epokowe, odważne i zaskakująco aktualne. Kolejne spektakle zapowiedziano już na początku 2026 roku.





