„Juliusz Cezar” inspiruje artystów jak żadna inna opera Händla. Efektem są rozmaite interpretacje reżyserów, kuszonych zawiłą intrygą libretta – począwszy od legendarnej już dziś inscenizacji Petera Sellarsa z 1985 roku, który tytułowego Rzymianina uczynił przywódcą Stanów Zjednoczonych, a treść opery ukazał przez pryzmat ówczesnych stosunków politycznych pomiędzy Ameryką a krajami Bliskiego Wschodu.

Innym, jeszcze bardziej interesującym aspektem są dowolności w odczytaniu partytury i obsadzaniu poszczególnych partii. W 1955 roku w Rzymie pod batutą Gianandrei Gavazzeniego partię tytułową wykonał Boris Christoff, a Fedora Barbieri i Franco Corelli wystąpili jako Kornelia i Sekstus. Podobnie zaskakujący jest zestaw solistów w pierwszej po wojnie, warszawskiej inscenizacji tego dzieła (1964), kiedy to wcielającemu się w tytułowego bohatera Jerzemu Kuleszy partnerowała późniejsza straussowska Elektra, Hanna Rumowska (Kleopatra). Obecnie, w erze wykonawstwa historycznie poinformowanego takie decyzje obsadowe mogą nas dziwić, ale wówczas były przecież rutynową praktyką – sam zresztą chętnie posłuchałbym, jak z partią Sekstusa radził sobie Kazimierz Pustelak, z jaką intensywnością rozpacz Kornelii oddawały Krystyna Szczepańska i Krystyna Szostek-Radkowa.

W zupełnie odmiennej stylistyce „Juliusz Cezar” zabrzmiał podczas dwóch wieczorów w Filharmonii Narodowej w Warszawie (23 i 25 lutego 2026), będących częścią europejskiego tournée zespołu Il Pomo d’Oro. Trasę rozpoczęto 4 lutego 2026 roku w Theater an der Wien, a kolejne koncerty odbywały się m.in. w paryskim Théâtre des Champs-Élysées, amsterdamskiej Het Concertgebouw czy hamburskiej Elbphilharmonie.

Już od pierwszych dźwięków uwertury znakomitą grą urzekała orkiestra Il Pomo d’Oro, energetycznie poprowadzona przez klawesynistę Francesca Cortiego, pierwszego gościnnego dyrygenta zespołu. Ten zadbał o potoczystą i wartką dramaturgię, by cztery godziny scenicznej muzyki podanej w wersji koncertowej minęły jak w oka mgnieniu. Instrumentaliści grali lekkim, a zarazem miękkim i soczystym dźwiękiem, zachwycały również solówki w ariach Cezara – rogu w „Va tacito e nascosto” czy skrzypiec w „Se in fiorito ameno prato”.
Przeważająca część warszawskiej publiczności z pewnością oczekiwała przede wszystkim występu Jakuba Józefa Orlińskiego w partii Juliusza Cezara, jednak równorzędnymi bohaterkami wieczoru okazały się trzy solistki: Sabine Deveieilhe (Kleopatra), Beth Taylor (Kornelia) i Rebecca Leggett (Sekstus).

Sabine Deveieilhe pokazała wspaniałe możliwości swojego sopranu, sprawną koloraturę i wirtuozowską ornamentację, odpowiednio różnicując brzmienie głosu w zależności od afektu danej arii. Była przebiegłą intrygantką w I akcie („Non disperar, chi sa?”, „Tutto può donna vezzosa”), następnie rozkoszną uwodzicielką w „V’adoro pupille” i kokietką w „Venere bella”, by wreszcie pokazać tragizm i cierpienie we wstrząsającej scenie „Se pietà di me non senti”.
Znakomicie w partii dumnej Kornelii sprawdził się głos Beth Taylor – niezwykłej urody, ciemny i gęsty w brzmieniu mezzosopran o niesamowitych, dramatycznych możliwościach wyrazowych. Artystka zachwycała wrażliwym frazowaniem w arii po śmierci Pompejusza („Priva son d’ogni conforto”), wzruszała również w scenie pożegnania ze swym synem Sekstusem (duet „Son nata a lagrimar”). W tę postać wcieliła się z kolei Rebecca Leggett – obdarzona lśniącym i szlachetnym, a przy tym młodzieńczym w brzmieniu głosem, idealnym do partii Sekstusa, brawurowo ukazując jego dwoistą naturę: prostolinijność (L’angue offeso mai riposa) konkurującą z walecznością i chęcią zemsty („L’aure che spira tiranno e fiero”).

Słabiej wypadł przy nich Yuriy Mynenko o kontratenorze niedostatecznie wyrównanym w rejestrach, z wysiłkiem przedzierający się przez trudności drapieżnych arii Ptolemeusza, nadając przy tym swej postaci chimeryczny rys. Dobrym dopełnieniem był za to dudniący, ale całkiem precyzyjny bas Alexa Rosena w partii Achillasa, a także bardzo obiecujący kontratenor Rémy’ego Bresa Feuilleta w partii Nirenusa.

Lekki niedosyt pozostawił po sobie sam Jakub Józef Orliński. Z początku sprawiający wrażenie nie w pełni rozśpiewanego, z czasem odzyskał piękno brzmienia swego kontratenoru i z łatwością pokonał większość technicznych wyzwań partii Cezara. Ale jego interpretacja w całościowym ujęciu okazała się dosyć monotonna – rezygnując z podkreślenia impulsywności i dumy (mało wyraziste arie „Presti omai l’egizia terra” i „Empio, dirò, tu sei”), bądź odnalezienia innych, mniej oczywistych cech charakteru rzymskiego wodza, objawił się jedynie jako refleksyjny romantyk („Aure, deh, per pietà spirate”), pałający coraz większym uczuciem do Kleopatry.

Wysłuchałem pierwszego wykonania w poniedziałek, 23 lutego 2026 roku.

