Było to wykonanie koncertowe i tylko jedno. Kupienie bardzo drogich biletów graniczyło z cudem.
Libretto opery Umberta Giordana (Luigi Illica) wpisuje się w temat tegorocznego Festiwalu: sztuka, muzyka, a w szczególności opera wobec opresyjnych reżimów.
Tytułowy bohater to postać historyczna. Poeta, który żył i tworzył we Francji w okresie Wielkiej Rewolucji, został bezsensownie, okrutnie oraz bezpodstawnie osądzony i stracony podczas jakobińskiego terroru. Wszyscy (no, prawie) jesteśmy dzisiaj w jakimś sensie dziećmi tej rewolucji, przeprowadzonej w imię najszczytniejszych haseł: wolności, równości i braterstwa. Ale jak wiele wcześniejszych i w szczególności późniejszych przerodziła się ona na pewien czas przynajmniej w potwora bardziej okrutnego niż ten przeciwko któremu walczyła. Wystarczy przypomnieć, że jej symbol: obalenie Bastylii doprowadził do uwolnienia zaledwie kilku, właściwie zapomnianych, więźniów stanu. A podczas terroru stracono – w ogromnej większości niewinnie – dziesiątki tysięcy osób. Kolejne tysiące zginęły lub zostały bestialsko zamordowane przy tłumieniu rojalistycznego powstania w Wandei.
Uwielbiam tę operę za jej przesłanie i muzykę. Uważam za jedną z najlepszych, które stworzyła „giovane scuola Italiana” („młoda szkoła włoska”), określana czasem mianem weryzmu. W dodatku daje okazję do wspaniałego ukazania kunsztu wokalnego trojga protagonistów.

Partia tytułowa słusznie uchodzi za jedną z najtrudniejszych dla tenora dramatycznego, ewentualnie lirico spinto, w całym repertuarze włoskim. Warto przypomnieć, że zaangażowany pierwotnie do prapremiery w mediolańskiej La Scali (1896 rok) Alfonso Garulli wycofał się, uznając ją za niewykonalną. W ostatniej chwili zaproszono 25-letniego tenora, prawie debiutanta, który się na nią odważył. Był to Giuseppe Borgatti, któremu Chénier otworzył wrota do błyskotliwej kariery. Był m. in. pierwszym odtwórcą tytułowej partii w „Zygfrydzie” Wagnera na scenach włoskich i uważany jest dzisiaj za jednego z najwspanialszych tenorów wagnerowskich w dziejach Italii.
Piotr Beczała, mając za sobą Radamesa (po raz pierwszy Salzburg 2022, ostatnio Metropolitan Opera) i wagnerowskiego Lohengrina (m.in. Bayreuth), zdecydował się teraz po raz pierwszy – o ile mi wiadomo – na podjęcie wyzwania. Sprostał mu wspaniale. Był wręcz w fenomenalnej formie wokalnej. Głos miał siłę i blask, coś co Włosi określają jako squillo. Liczne wysokie dźwięki były lśniące i swobodne. Frazy miały giętkość i elastyczność, szczególnie w cieniowaniu wspaniałego legata. Oddech wydawał się nie mieć granic. Czuło się radość śpiewania. Publiczność szalała z zachwytu.

Ten koncert wypełniał dewizę założycieli Festiwalu w Salzburgu w 1920 roku, wśród których byli Richard Strauss, Hugo von Hofmannsthal, Franz Schalk i Max Reinhardt: pokazywać najlepsze, w najlepszym możliwym wykonaniu i możliwie najlepiej na świecie.
Któryś z dzisiejszych sopranów mógłby przypuszczalnie dorównać Elenie Stikhinie w partii Maddaleny, żaden z pewnością by jej nie przewyższył. W Salzburgu widziałem ją jako Aidę z Piotrem Beczałą (2022 rok) i Alice Ford w „Falstaffie” (2023 rok). To wspaniały sopran liryczno-dramatyczny o barwie wyjątkowej piękności, czysty i szlachetny, emisją kojarzący się raczej z sopranami włoskimi niż rosyjskimi. Jej kreacja wokalna była pełna emocji, ale głos stale nadzwyczajnie kontrolowany w całej bogatej skali dynamicznej.

Podobnym bogactwem dźwięku i mistrzostwem wokalnym zachwycał Luca Salsi jako Gérard. Jego baryton jest dźwięczny i pełny, typowo włoski, przypominający nieco niezrównanego w tej partii Ettore Bastianiniego. I on stworzył samym głosem żywy obraz rozdartego sprzecznymi uczuciami, ale szlachetnego bohatera.
Liczne mniejsze – ale wszystkie ważne – partie obsadzone zostały głównie przez bardzo młodych śpiewaków, uczestników firmowanego przez Festiwal Young Singers Project. Wyróżniali się Dora Jana Klarić jako Hrabina di Coigny i Tomislav Jukić jako szpieg Incredibile. Nieco tylko starsze są dwa świetne mezzosoprany: Seray Pinar (Bersi) i Noa Beinart (Madelon).
Ciekawe, że wprawdzie wystąpił jak prawie zawsze na Festiwalu chór Wiener Staatsoper, to jednak grała nie orkiestra Wiener Philharmoniker, lecz Mozarteumorchester Salzburg. Ale grała świetnie pod wytrawną batutą włoskiego mistrza Marco Armiliato.

Na koniec ciekawostka, incydent, który nie miał prawa się zdarzyć, a jednak… Otóż Gerard ma w IV akcie opery do zaśpiewania zaledwie dwa zdania i dwa równoważniki zdań, ale dramaturgicznie ważne: „Viene a costei concesso un ultimo colloquio…Andrea Chénier.” i nieco dalej „O Maddalena, tu fai della morte la piu invidiata sorte! Salvarli! Da Robespierre ancora!”. A Luca Salsi nie pojawił się na scenie, nie zaśpiewał także zza kulis. Zapomniał? Utkwił w windzie albo gdzie indziej? Do końcowych ukłonów wyszedł.
Okazuje się, że na brylancie może pojawić się czasem drobna skaza. Festiwalowemu koncertowi, któremu publiczność zgotowała długo trwającą stojącą owację, co w Salzburgu rzadko się zdarza, dodało to jednak niezamierzonej pikanterii.



