Pod warszawskim Pałacem Kultury i Nauki po raz kolejny rozbrzmiewa pełne napięcia odliczanie – to znak, iż na Centralnym Placu Muzyki rozpocznie się spotkanie z muzyką i sztuką. We wtorkowy wieczór widownia festiwalu organizowanego przez miasto stołeczne Warszawa i STUDIO teatrgealeria miała okazję obejrzeć przedstawienie Teatru Syrena – „Bitwę o tron”. To musical z librettem Jacka Mikołajczyka i muzyką Tomasza Filipczaka, utrzymany w konwencji telewizyjnych programów typu talent show, gdzie królowie elekcyjni Rzeczpospolitej muszą zdobyć serca widowni. Piosenki w stylu Eurowizji oraz różnych gwiazd muzyki popularnej i rockowej to droga kandydatów do zyskania głosów ludu. Od widowni zależy, który król zasiądzie na tronie Polski – finał przedstawienia to interaktywne głosowanie. Scena zamienia się w feerię barw, kolaż z cekinów, piór, weluru i złota – połączenie tradycyjnej królewskości z nowoczesnym show biznesem. Pomysł na musical szokuje przełamaniem tradycyjnej konwencji i pierwsze minuty spektaklu to wyczekiwanie, powtarzane w duchu pytanie: „Co jeszcze może się wydarzyć?”. Odpowiedź na nie okazuje się jednak dość rozczarowująca.
Choć musical w moich oczach kipiał wręcz od potencjału, trudno jest mi ocenić go całkiem pozytywnie. Pierwsze minuty mnie zachwycały. Kostiumy i postaci oparte na królach elekcyjnych przełamują tradycyjne postrzeganie królewskości i polskości. Historia jest, można by rzec, święta, pogrywanie z nią wymaga więc odwagi – gdzie indziej istnieje na to przestrzeń, jeśli nie właśnie w teatrze? Ta próba zostaje jednak w scenariuszu szybko zaniechana, problematyka jedynie pobieżnie dotknięta, ale nie omówiona. Kilka elementów fabuły budzi wątpliwość. Jest to chociażby erotyczne ujęcie rozbiorów Polski, gdzie Stanisław August Poniatowski zarazem flirtuje z narodem, pragnąc go „rozebrać”, jak i pełen smutku rozpacza nad jego utratą. Oczywista aluzja do queerowości Walezego, przejawiająca się w kostiumach, ruchu scenicznym, a nawet kwestiach mówionych, jest ostatecznie przemilczana.

Postaci czterech jurorek – Anny Wazówny, Marii Kazimiery, carycy Katarzyny i Bony Sforzy – przypominają zachowaniem księżniczki Disneya, a uwzględnienie rosyjskiej władczyni jest już samo w sobie zastanawiające, szczególnie uwzględniwszy jej rolę jako jurorki w konkursie na polskiego władcę. Te problemy być może jednak wybraniają się, jeśli wziąć pod uwagę humorystyczną konwencję musicalu. Można to odczuć, gdy postać Władysława IV Wazy w pewnym momencie przełamuje czwartą ścianę, maska showmana opada – widzimy pod nią pewną samoświadomość scenariusza, mrugnięcie do widowni komunikujące, iż wszystko jest tylko zabawą.
Elementem hamującym odczuwanie przyjemności z widowiska jest paradoksalnie znajomość tytułów, do których nawiązuje. Dialog z musicalami „SIX”, „Hamilton”, czy „JesusChrist Superstar” jest bardzo wyraźny dla miłośników teatru muzycznego. Egzekwowanie tychże nawiązań jest jednak przeszkodą dla „Bitwy o tron”i niestety, stanowczo jej zaszkodziło. Powstał pastisz z elementów, które nie łączą się ze sobą fabularnie. Tak było w przypadku piosenki czterech jurorek, w której opowiadały o swoich rozterkach i trudnościach związanych z byciem kobietą na historycznym dworze polskim. Warto pamiętać o tym, iż zasługi kobiet były w historii pomijane, ale nie było to w tym przedstawieniu potrzebne. Kiedy bohaterki humorystycznie wspomniały, iż „Bitwa o tron”to polskie „SIX”, iluzja jakby się rozpadła – z ciekawego pomysłu na musical pogrywający z konwencjami powstała kopia czegoś, co już istnieje za granicą.

Mocnym elementem widowiska była muzyka grana na żywo. Od strony kompozytorskiej piosenki pozostawiały dużo do życzenia, miały bowiem nawiązywać do różnych stylów muzycznych, a brzmiały bardzo podobnie – zwłaszcza melicznie i melodycznie niewiele się od siebie różniły. Mimo to barwna gra pozwalała zawiesić na czymś ucho. Gitarzysta (Jan Malecha) i klawisista (Tomasz Filipczak) wykazali się wszechstronnością, świetnie dopasowując się do różnych gatunków. Barwy syntezatora były bardzo ciekawe, szczególnie odpowiadać mogły fanom brzmienia analogowego. Klawisze przyjemnie wypełniały ciszę spokojniejszych scen i dzięki nim wyraźniejsza była charakterystyka brzmienia różnych dekad muzyki popularnej XX wieku. Wszyscy muzycy przejawiali doskonałe wyczucie scenariusza – dźwięk pojawiał się dokładnie wtedy, kiedy powinien, nawet kiedy wyłaniał się z ciszy, nim aktor zdążył poruszyć się czy wypowiedzieć kwestię.

Aktorzy natomiast całkowicie zasługiwali na przyjęcie, jakim obdarzyła przedstawienie publika. Widownia była zaangażowana, zdawała się dobrze bawić, dziwiła się, śmiała i klaskała w rytm muzyki. Myślę, iż przypisać to można charyzmie i prezencji scenicznej – wszyscy aktorzy grali na wysokim poziomie, choćby nawet nie byli związani z tradycją musicalową, byli stuprocentowo obecni na scenie, żywi w swych postaciach. Atrakcją dla publiczności było interaktywne głosowanie, które – jeśli było z góry przesądzone – nie sprawiało bynajmniej takiego wrażenia. Osobiście głosowałam na Jana Kazimierza Wazę, „Chrystusa Narodów” i jego porywający, emocjonalny występ. Czytelnikom oczywiście nie zdradzę, kto był zwycięzcą.


Tekst powstał w ramach projektu „Młodzi krytycy ORFEO”, realizowanego przez ORFEO Fundację im. Bogusława Kaczyńskiego we współpracy z Instytutem Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



