„Bawi i uczy” – ta maksyma zapewne przyświecała twórcom, Jackowi Mikołajczykowi i Tomaszowi Filipczakowi. W jej myśl otrzymaliśmy spektakl obfity w historyczne żarty, gagi i ciekawostki, skrojone pod, wydaje się, bardzo szerokiego odbiorcę. Dzięki temu każdy znajdzie w nim humor odpowiadający swojej wrażliwości, ale też może być skonfrontowany z niekoniecznie zrozumiałymi kulturowymi nawiązaniami czy humorem lekko przestarzałym. To lekcja historii nie tylko Polski elekcyjnej. Na Placu Centralnym śmiechy jednak rozlegały się co żywo, dając świadectwo uniwersalnej, zawieszonej na granicy kiczu i campu, wartości humoru „Bitwy o tron”.
Także królowie opierali swoje występy na mało zniuansowanych acz wyrazistych konceptach – Henryk Walezy wiele miał w sobie z Michała Szpaka, Stefan Batory z Draculi, a Zygmunt III Waza stanowił wesołą fuzję Abby z Eltonem Johnem. Najciekawszym jednak konceptem okazał się król August II Mocny (Marcin Wortmann) w roli iście jekylihyde’owskiej, łączącej w sobie ducha metalu a la zespół Rammstein z barokową konwencją łagodnej arii operowej. Elementem humorystycznym był także fragment z dziecięcego hitu Majki Jeżowskiej „Laleczka z saskiej porcelany”, wtrącony w środek utworu.

Trudno się dziwić więc, że na Placu Centralnym najgłośniejszy aplauz rozległ się przy wyczytaniu właśnie imienia Augusta II Sasa, króla z najbardziej charakterystyczną, brawurowo wykonaną piosenką. Porównując jego występ do wszystkich innych, tylko Jan Kazimierz w roli króla–Chrystusa narodu mógł stawić mu czoła – zarówno na poziomie wokalnym (w świetnej roli Przemysław Glapiński) oraz konceptualnym (stylistyka w jasny sposób nawiązywała do musicalu „Jesus Christ Superstar”, a wyświetlany na ekranie płomienny orzeł dodawał jednocześnie patosu i campu całemu performansowi).
W obliczu obiecanej różnorodności, wynikającej z różnic w pochodzeniu królów oraz ich historycznych person, reszta piosenek wypadła dość blado – inspiracje nie były zasięgane tak radykalnie, tak śmiało, jak mogły być. Pozwólmy na przykład Henrykowi Walezemu zaśpiewać i zatańczyć numer rodem z Moulin Rouge, wplećmy w utwór Stefana Batorego elementy folkloru transylwańskiego; jeśli Stanisław Poniatowski ma żartować o „rozbieraniu” Polski, niech robi to na zmysłowym tracku R&B! Byłoby to nie tylko ciekawsze, ale także nadawałoby samej muzyce wartość narracyjną w spektaklu muzycznym, w którym słowo zdecydowanie wysunięte było na pierwszy plan.

Ten prymat słowa (i żartu mówionego) nie był jednak błędem kardynalnym, a zabiegiem lekko męczącym przy dużym natężeniu faktów historycznych na minutę tego 2–godzinnego spektaklu. Frapujące wybory ujawniają się jednak już na poziomie koncepcji – nie jest to plebiscyt na najlepszego króla–elekta, ale wybory elekcyjne odbywające się na bliżej nieokreślonej płaszczyźnie czasowej, w której każdy z kandydatów już królem był. Dzięki temu możemy oceniać ich głównie po sukcesach i błędach popełnionych za panowania; oceniamy ich jednak po to, by wybrać na władcę, wydawałoby się, po raz pierwszy.
Niczym niezrażeni, przymykamy oko na takie „niedociągnięcie” – by zaraz zostać skonfrontowanym z panelem jurorskim, w którym zasiadają dumnie kobiety naszej historii: Bona Sforza, Anna Wazówna, Maria Kazimiera oraz caryca Katarzyna Wielka. Ich rola ogranicza się głównie do komentowania wydarzeń (prawdziwym jurorem jest bowiem widownia), jest jednak coś kłopotliwego w oddawaniu historycznie prawdziwej władzy co do losów Polski w ręce carycy Katarzyny w spektaklu, który tak chętnie nawiązywał także do aktualnej sytuacji politycznej. No nic, na to przymykamy i oko drugie – i oba mamy zamknięte podczas dość niezręcznie wplecionego numeru feministycznego, w którym jurorki, przejmując scenę, rapują o niedocenionych bohaterkach polskiej historii – żonach, matkach, siostrach, córkach.

Nawiązanie do konwencji „SIX” jest tutaj tak jawne, że same występujące wspominają o niej ze sceny, jednak fragment ten wydawał się być bardziej zasłoną dymną przed ewentualną krytyką niż szczerą celebracją dokonań tych niewątpliwie ważnych postaci historycznych. Abstrahując od tej krytyki jednak, warto wybrać się na ten spektakl, by nacieszyć się wokalnymi umiejętnościami aktorów oraz ich oczywistą radością z brania udziału w tym projekcie. Ich charyzma i energia sceniczna nadawały życia postaciom i całemu spektaklowi, a entuzjazm zarażał tym samym widownię.
Choć może mi sam spektakl nie do końca do gustu przypadł (nie byłam też założoną adresatką wielu żartów), widownia zgromadzona w ramach festiwalu Centralny Plac Muzyki przywitała i pożegnała obsadę brawami tak gromkimi, że trudno było nie docenić rozrywkowej wartości przedstawienia, które z powodzeniem można nazwać SHOW.

Tekst powstał w ramach projektu „Młodzi krytycy ORFEO”, realizowanego przez ORFEO Fundację im. Bogusława Kaczyńskiego we współpracy z Instytutem Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego
Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



