„Tosca” po raz kolejny podbiła serca widzów swoją poruszającą fabułą i wykonaniem, które pomimo niesamowitego skwaru było utrzymane na najwyższym poziomie.Tę wyjątkową produkcję zorganizowały wspólnie Sinfonia Varsovia, Filharmonia Narodowa oraz Teatr Studio.Słynna opera werystyczna Giacomo Pucciniego z włoskim librettem Luigiego Illica oraz Giuseppego Giacosa wystawiona została w wersji koncertowej w ramach Centralnego Placu Muzyki. Jak można przeczytać na portalu festiwalu: „Tosca” jest jedną z najczęściej wystawianych oper w historii. Ma w sobie wszystko – wyraziste postacie, dylematy moralne, tragizm i elementy komediowe, intymne arie i rozległe, epickie orkiestracje.
Nic więc dziwnego, że cieszy się ogromną popularnością także wśród warszawskich widzów. Choć można było ją usłyszeć w Operze Narodowej w poprzednim sezonie, festiwalowy spektakl był oblegany przez pełnych entuzjazmu widzów. Czytelników nie będę trzymać w niepewności – ta „Tosca” okazała się sukcesem, mimo trudnych warunków pogodowych. Dzięki gwiazdorskiej obsadzie, dopracowanej realizacji i znakomitemu kierownictwu muzycznemu był to niezapomniany wieczór, który ma szansę sprawić, że wielu spośród niedzielnych widzów powróci na kolejne wydarzenia festiwalu.

Za kierownictwo muzyczne odpowiedzialny był Bassem Akiki, który wydobył z partytury własne spojrzenie na muzyczny świat Pucciniego. Subtelna interpretacja ekspresji, dokładne i wyraziste prowadzenie frazy, wyłuskiwanie idiomów ukrytych między właściwym tekstem – to właśnie cechy charakterystyczne jego warsztatu. Pod jego kierownictwem orkiestra dialogowała ze śpiewakami, podkreślając wszystkie istotne fragmenty komediowe i dramatyczne. Dzięki temu efektowne były nie tylko znane dobrze przez publiczność arie, ale i fragmenty pełniące funkcje tła muzycznego dla akcji. Jako przykład można przywołać gawota, który na początku drugiego aktu rozbrzmiewa zza sceny. Orkiestra, dostosowując się do ograniczeń wynikających z koncertowej formy wykonania, nadała temu fragmentowi zaskakującą lekkość, wyraźnie kontrastującą z dramatycznym przebiegiem akcji. Dzięki temu gawot został mocno zaakcentowany nie tylko jako element warstwy muzycznej, odbierany przez publiczność, lecz także jako dźwięk należący do świata przedstawionego, słyszany przez bohaterów opery.
Dyrygent miał swoją własną wizję, ale także zdolny był przekonać odbiorców, że ta właśnie jest właściwa, zamierzona przez Pucciniego. Interpretacja sprawiała wrażenie niezwykle spójnej z duchem opery. Przekonuje mnie o tym przede wszystkim wrażliwość Akikiego na szczegóły, która doskonale połączyła się ze skrupulatnością kompozytora. Puccini bowiem połączył najróżniejsze elementy w piękną całość, a Akiki potrafił pokazać tę różnorodność widowni bez utraty płynności i spójności materiału muzycznego. Kompozytor i dyrygent stworzyli więc w tej produkcji jedność, choć oddzieleni są od siebie czasem i przestrzenią.

Widownia oczarowana była gwiazdami wieczoru – Sonyą Yonchevą (Floria Tosca), śpiewaczką występującą m.in. w Metropolitan Opera oraz Jonathanem Tetelmanem (Mario Cavaradossi), dokonującym w ostatnich latach debiutów na scenach wielu uznanych oper. Yoncheva zachwyciła paletą swojej ekspresji oraz wykorzystaniem środków wybiegających poza tradycyjne bel canto. Jej śpiew, nie tylko dzięki pracy nagłośnieniowej, był pełny i donośny także w cichych i delikatnych kwestiach. Tetelman natomiast zaimponował siłą swojego głosu, niosącego się po całym Placu Defilad. Wszystkie arie zostały nagrodzone gromkimi brawami i okrzykami zachwytu – widownia nie mogła się nimi nacieszyć. Podziwem słuchaczy cieszył się także George Gagnidze, który wcielił się przekonująco w rolę Barona Scarpii. Całą swoją postawą i prezencją sceniczną oddawał naturę tego czarnego charakteru, prezentując widowni pełną paletę barw: gniew, pożądanie, przebiegłość, wyrachowane opanowanie, strach w obliczu śmierci.

Pomimo wystawienia opery w wersji koncertowej, członkowie obsady byli bardzo zaangażowani w grę aktorską. Wprowadzony został nawet także nieco ograniczony przez niewielką przestrzeń ruch sceniczny, gestykulacja i pantomima podążały za wskazówkami libretta i były pomocne w śledzeniu historii.
Sonya Yoncheva zaprezentowała zaskakującą interpretację Toski. Jej bohaterka to dojrzała kobieta – kokieteryjna, dostojna i olśniewająca, a zarazem powściągliwa w wyrażaniu emocji. Naturalna paralela między postacią a wcielającą się w nią primadonną była tym wyraźniejsza, że Yoncheva zdawała się obdarzać swoją bohaterkę cząstką własnej osobowości. Pozwoliło to odejść od utrwalonych schematów interpretacyjnych i nadało spektaklowi odświeżającą perspektywę.
Jonathan Tetelman z kolei wykazał się charyzmą, która doskonale pasowała do humorystycznych scen opery. Nie byłam jednak zawiedziona także jego występem w akcie drugim i trzecim – śpiewak okazał się być równie kompetentny w odegraniu scen tragicznych. „Nigdy tak bardzo nie kochałem życia” – gdy wzruszenie sięgnęło apogeum, Tetelman przypomniał wagę i głębię tych ikonicznych słów.

Wszystkim aktorom i muzykom należy się szczególne uznanie za maksymalne poświęcenie pomimo ekstremalnej temperatury. Oczekująca na to wyjątkowe przedstawienie publika nie odczuwała ze sceny zmęczenia, wszystko przeprowadzone zostało profesjonalnie, choć warunki były naprawdę trudne.
Niedzielny koncert zakończył przedostatni weekend festiwalu – czeka nas jednak jeszcze parę muzycznych spotkań. W pierwszym tygodniu lipca widzowie będą mogli posłuchać m.in. Beethovena w wersji słynnego Lang Langa, IX Symfonii Antona Dworzaka „Z Nowego Świata” oraz uroczystego zwieńczenia 35. Festiwalu Mozartowskiego. Serdecznie zachęcam czytelników do wzięcia udziału w wydarzeniach.

Tekst powstał w ramach projektu „Młodzi krytycy ORFEO”, realizowanego przez ORFEO Fundację im. Bogusława Kaczyńskiego we współpracy z Instytutem Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



