Program koncertu wydawał się nieprzenikniony i zadziwiał różnorodnością – po pierwszej części poświęconej wyłącznie dziełom Mozarta, nastąpiła druga, w której musical spotkał się z operą, francuska chanson z argentyńskim tango, a wszystko to na towarzyszących artystce instrumentach historycznych w rękach orkiestry Musicae Antiquae Collegium Varsoviense pod batutą Benjamina Bayla. Ten muzyczny miszmasz Joyce DiDonato wytłumaczyła prostolinijnym stwierdzeniem o rozrywkowym charakterze wieczoru. Taki też okazał się w istocie, a jej zaraźliwa, radosna energia udzieliła się także zmarzniętej widowni, która energicznymi oklaskami witała ją raz po raz na scenie.
Koncert, po długim słowie wstępu Alicji Węgorzewskiej, dyrektorki Warszawskiej Opery Kameralnej, otworzyła wiązanka „hitów” Mozarta – uwertury do „Idomeneo, króla Krety” i „Wesela Figara”, chór z “Łaskawości Tytusa” (w wykonaniu Zespołu Wokalnego WOK–u), finał symfonii Jowiszowej oraz trzy arie zaśpiewane przez gwiazdę wieczoru – „Deh per questo” („Łaskawość Tytusa”), „Voi che sapete” („Wesele Figara”) i „Ch’io mi scordi di te?…” z gościnnym udziałem Tomasza Rittera na pianoforte. Orkiestra sprawdziła się świetnie w solowych wykonaniach (zwłaszcza symfonia Jowiszowa zagrana była z wielką werwą należną temu dziełu), ale to właśnie w partii wokalnej leżała magia tego wieczoru. DiDonato wykazała się aktorstwem, jakiego nie trzeba było oczekiwać po koncertowej formule wydarzenia, a jej głos okazał się mistrzowskim mezzosopranem, godnym swej międzynarodowej renomy.

Na wspomnienie zasługują także humorystyczne momenty jej występu, w których wokalistka wchodziła w figlarne interakcje z chórem, orkiestrą czy widownią. Jej profesjonalizm i energia sceniczna udowodniły, że jest nie tylko wspaniałą wokalistką, ale także porywającą osobowością i zasługuje na miano operowej diwy.
Trochę gorzej wypadła część druga – dzieła Rossiniego nie wybrzmiały tak majestatycznie na instrumentach historycznych, jak można by się spodziewać; nie były w stanie wydobyć wielu niuansów zawartych w partyturze, a do niektórych pasaży wydawały się po prostu niedostosowane. Problem ten jednak szybko zakrył wokal solistki, który absorbował całą uwagę słuchacza i wciągał w narrację tworzoną przez DiDonato.

Po tym operowym wstępie nastąpił szereg utworów niemających ze sobą wiele wspólnego ponad samą osobę artystki. Solistka zaprosiła na scenę Lautaro Greco, czarującego na bandoneonie – i choć jego wykonanie zwłaszcza utworu Piazzoli było ciekawym urozmaiceniem, nie wydawało się, by jego obecności na scenie przyświecała jakaś większa idea, a zwłaszcza jakakolwiek związana z Mozartem. Wykonanie przez duet słynnego „La vie en rose” pozwoliło DiDonato na chwilowe porzucenie techniki belcanto, zaś instrumenty historyczne orkiestry MACV zadziwiająco świetnie sprawdziły się w klasycznych musicalowych utworach, zaprezentowanych przez wokalistkę – przejmującym „You’ll Never Walk Alone” z musicalu „Carousel” i radosnym „I Could Have Danced All Night” z „My Fair Lady”.
Bez wątpienia jednak najlepszym momentem całego wieczoru okazały się bisy – „Là ci darem la mano” w towarzystwie Huberta Zapióra i słynna „Habanera” wybrzmiały z taką energią i radością, że rozgrzały publikę do reszty. Tak właśnie, przychodząc na koncert, wyobrażałam sobie cały ten wieczór – ewidentnie jednak organizatorzy za motto wieczoru uznali zasadę o zostawianiu najlepszego na koniec. W końcu od czego są bisy!

Przy tak radosnym, ludzkim artyzmie zadziwiające jest to, co działo się w sferze wizualnej. Grafiki, wyświetlane na scenie przy każdym utworze, jeśli nawet nie były stworzone z udziałem sztucznej inteligencji, zdecydowanie na takie wyglądały. Pomijając już etyczne aspekty takiej działalności, były one rozpraszające, często kiczowate i odbierały siły przekazu samej muzyce, która przecież nie potrzebuje wsparcia, by nieść znaczenie. Nie sposób wymienić wszystkich absurdalnych wizualizacji towarzyszących utworom, jednak najbardziej zapadł mi w pamięć co najmniej groteskowy obraz Joyce DiDonato jako statuetki Oscara. Czasami „mniej znaczy więcej” – koncert zaś nic by nie stracił, a może nawet zyskał, gdyby ekran pozostał nieużyty.

Mimo niezrozumiałych decyzji programowych i organizacyjnych, jeśliby mierzyć wartość wieczoru na podstawie entuzjazmu aplauzu widowni okazał się on być wielkim sukcesem. Joyce DiDonato swoją charyzmą udowodniła, że jest w stanie być jedynym wspólnym mianownikiem wykonywanego repertuaru, a orkiestra MACV godnie jej w tym towarzyszyła. Nawet pogoda była sprzyjająca – uporczywy deszcz przestał padać zaraz przed koncertem, by słuchacze na Placu Centralnym mogli z całym spokojem delektować się mistrzowskim mezzosopranem diwy.

Tekst powstał w ramach projektu „Młodzi krytycy ORFEO”, realizowanego przez ORFEO Fundację im. Bogusława Kaczyńskiego we współpracy z Instytutem Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



