Iwona Sobotka zachwyciła w „Requiem” Verdiego w Salzburgu

W salzburskim „Requiem” Verdiego Riccardo Muti połączył monumentalną siłę Wiener Philharmoniker i Konzertvereinigung Wiener Staatsopernchor z niezwykłą dbałością o ciszę, oddech i dramaturgię dzieła. Wśród solistów szczególnie zachwycili Michael Spyres i Iwona Sobotka, tworząc kreację dojrzałą i skupioną. Jej interpretacja „Libera me” stała się jednym z najbardziej przejmujących momentów wieczoru.

W „Requiem” Verdiego łatwo dać się uwieść temu, co najbardziej oczywiste: potędze orkiestry i chóru, monumentalnym kulminacjom, dramatyzmowi muzyki, która niejednokrotnie ociera się o teatr. Riccardo Muti ani przez sekundę tego dramatyzmu dziełu nie odbierał, ale zarazem pilnował, by koncert nie zamienił się w operę w wersji koncertowej. Wiener Philharmoniker grali z ogromną siłą, lecz bez ciężkości; nawet w najbardziej gwałtownych momentach dźwięk pozostawał uporządkowany, szlachetny, chwilami poruszająco brutalny. Wspaniałe były także momenty wyciszenia – miękkie smyczki, chciałoby się powiedzieć: pojedyncze oddechy instrumentów dętych, frazy, które jakby pojawiały się z ciszy i do niej wracały.

Iwona Sobotka (sopran) i Marianne Crebassa (mezzosopran) © Sazburger Festpiele Marco Borrelli
Iwona Sobotka (sopran) i Marianne Crebassa (mezzosopran) © Sazburger Festpiele Marco Borrelli

W rozmowie ze Stefanem Pieperem dla Online Merker Iwona Sobotka, debiutująca w Salzburgu właśnie w „Requiem” Verdiego powiedziała o Mutim, że „rozumie śpiewaków – to, jak oddychamy, jak interpretujemy” i że „na scenie śpiewa razem z tobą”. Trudno o lepsze określenie tego, co dało się odczuć podczas salzburskiego wykonania, a właściwie powinnam napisać wykonań bo miałam okazję posłuchać „Requiem” dwukrotnie – 15 i 16 sierpnia 2026 roku. Muti nie traktował głosów jako kolejnej warstwy nałożonej na orkiestrę, lecz wpisywał je w jeden wspólnie oddychający organizm. 

Wspaniale zabrzmiał Konzertvereinigung Wiener Staatsopernchor przygotowany przez Ernsta Raffelsbergera. Nie imponował wyłącznie potęgą. Ważniejsza była jego plastyczność, zdolność przechodzenia od grozy do skupienia, od ogromnego brzmienia do niemal szeptu. Muti budował z orkiestry i chóru jeden organizm, a napięcie rodziło się bardziej z kontrastów niż z samej głośności.

Wiener Philharmoniker i Riccardo Muti © Sazburger Festpiele | Marco Borrelli
Wiener Philharmoniker i Riccardo Muti © Sazburger Festpiele | Marco Borrelli

W tym utworze Verdiego cztery głosy budujące kwartet solistów powinny – moim zdaniem – dysponować zbliżonym ciężarem i chyba najtrafniej to określić- skalą oddziaływania. Tutaj ta równowaga została w moim odczuciu zachwiana. Miałam chwilami dziwne wrażenie, jakby decyzje obsadowe podejmowały dwie różne osoby: jedna zaprosiła sopran i tenora, druga mezzosopran i basa…

Iwona Sobotka była dla mnie najpełniejszą osobowością wokalną tego wieczoru. Jej głos ma ciężar, dojrzałość. Bardzo cenię wykonania, w których czuję, że solista nie tylko jest odpowiednio obsadzony w danej partii, ale, że dana rola nie jest szczytem jego aktualnych możliwości, że ma w głosie zapas wokalny. Takie było wykonanie Iwony Sobotki i nie waham się nazwać go – wykonaniem absolutnie wybitnym. Nie było efektów dla efektów ani potrzeby demonstrowania, na jak wiele solistka może sobie głosem pozwolić. Była za to niezwykła koncentracja, świadoma interpretacja i rodzaj wewnętrznego spokoju. Sobotka śpiewała tak, że czuło się, iż każda fraza została już wcześniej przemyślana i przeżyta, a potem oczyszczona ze wszystkiego, co zbędne. Jakby była to wokalna medytacja nad „Requiem”, a sama artystka jakby pozostawała w transie.

W cytowanym już przeze mnie wywiadzie, opisując różnicę między operą a „Requiem”, Iwona Sobotka mówi: „wychodzę poza własne ego – nie chodzi o myślenie: «Teraz pokażę mój głos»”. Zamiast tego chce dopuścić do głosu emocje, których potrzebuje utwór”. W Salzburgu można było usłyszeć. Zwłaszcza w „Libera me”, gdzie dramatyzm nie wynikał z wokalnego popisu solistki, która znakomicie panuje nad głosem, ale z napięcia budowanego od wewnątrz.

Michael Spyres (tenor), Maharram Huseynov (bass), Wiener Philharmoniker © Sazburger Festpiele | Marco Borrelli
Michael Spyres (tenor), Maharram Huseynov (bass), Wiener Philharmoniker © Sazburger Festpiele | Marco Borrelli

Podobnie pozytywne wrażenie zostawiał Michael Spyres. Jego interpretacja również była bardzo daleka od popisu. Spyres świetnie panuje nad głosem; była w jego wykonaniu wielka kultura, kontrola i dojrzałość. Sam głos może nie każdego zachwyci barwą, ale sposób, w jaki Spyres nim dysponuje- imponuje. „Ingemisco” zaśpiewał bez cienia próby zaimponowania głosem czy operową interpretacją. Było ogromne skupienie i czysty przekaz. Nigdy nie miałam poczucia, że jego głos zbliża się do granicy możliwości. Jedyne zastrzeżenie dotyczy minimalnej chrypy, która pojawiała się w Hostias, ale był to detal w interpretacji niezwykle poruszającej i konsekwentnej.

Francuska mezzosopranistka Marianne Crebassa pozostawiła bardziej niejednoznaczne wrażenie. To głos ciekawy, o ładnej barwie, ale w zestawieniu z Sobotką i Spyresem wydawał mi się po prostu nieadekwatny. I nie zawsze chodziło nawet o sam wolumen. U Sobotki i Spyresa czuję to, co najbardziej lubię u śpiewaków: przekonanie, że w głosie pozostaje jeszcze zapas, że wykonawca nie musi wykorzystywać wszystkich możliwości instrumentu, aby osiągnąć zamierzony efekt….czy aby dośpiewać utwór do końca. Niestety u Crebassy chwilami odnosiłam natomiast wrażenie, jakbym słuchała dwóch różnych głosów. Miała momenty bardzo piękne we fragmentach solowych i znacznie mniej przekonujące brzmienie w kwartecie. 

Iwona Sobotka (sopran), Marianne Crebassa (mezzosopran), Riccardo Muti (dyrygent), Michael Spyres (tenor), Maharram Huseynov (bass), Wiener Philharmoniker © Sazburger Festpiele | Marco Borrelli
Iwona Sobotka (sopran), Marianne Crebassa (mezzosopran), Riccardo Muti (dyrygent), Michael Spyres (tenor), Maharram Huseynov (bass), Wiener Philharmoniker © Sazburger Festpiele | Marco Borrelli

Nawet jeśli nie chcemy traktować „Requiem” jak opery, to przy obsadzie z Iwoną Sobotką i Michaelem Spyresem aż chciałoby mieć pierwszorzędny głos verdiowski – mezzosopran o ciężarze pozwalającym bez trudu wyobrazić sobie tę samą śpiewaczkę jako Amneris czy Eboli. Crebassa proponowała coś innego: więcej subtelności niż potęgi. Dla mnie w tej konkretnej konfiguracji kwartetu było to jednak dla mnie za mało- tym bardziej, że miałam momentami poczucie, że to sopran i tenor muszą zmniejszyć swoje głosy by dostosować się do możliwości mezzosopranu. Ale przyznam, że posłuchałam nagrania z koncertu i ta różnica nie jest na nim tak wyraźna jak podczas słuchania koncertów na żywo.

Największy znak zapytania stawiam przy młodym basie-barytonie Maharramie Huseynovie. Jego głos zabrzmiał po prostu zbyt banalnie i zbyt niedojrzale. Przy Sobotce i Spyresie, którzy każdą frazą budowali interpretację mającą własną historię i ciężar, bas-baryton zbyt często pozostawał na poziomie poprawnego wykonania zapisu nutowego. Po fenomenalnym, nie wstydzę się tego określenia, przyprawiającym o dreszcze wstępie chóru i orkiestry jego blade wejście w „Mors stupebit” odbierało temu fragmentowi znaczną część siły.

I tu znów wraca temat doświadczenia. Iwona Sobotka w rozmowie dla Online Merker mówi: – Doświadczenie jest najcenniejszą rzeczą, jaką posiadamy w tym zawodzie – nic nie jest w stanie go zastąpić”. A chwilę później, już bezpośrednio o „Requiem”: bez doświadczenia „słyszy się jedynie nuty, bez emocji, które powinny je wypełniać – i utwór przestaje mieć sens”. Huseynovowi brakowało, moim zdaniem, właśnie doświadczenia i dojrzałości wokalnej. Bas musi wnieść do wykonania własny świat – ciężar, autorytet, ciemność, która nie wynika wyłącznie z barwy głosu.

Sobotka i Spyres spotkali się na podobnym poziomie dojrzałości – wokalnej i interpretacyjnej. Crebassa miała kilka naprawdę pięknych momentów, ale Huseynov znalazł się natomiast w obsadzie, która wymagała od niego więcej, niż on sam jest dziś w stanie zaproponować. Myślę, że zaufanie jakim go obdarzono w Salzburgu da mu impuls do dalszej pracy bo przy wszystkich moich uwagach należy podkreślić że jest to młody i utalentowany artysta. Warto mu się przyglądać. 

Iwona Sobotka (sopran), Marianne Crebassa (mezzosopran), Riccardo Muti (dyrygent), Michael Spyres (tenor), Maharram Huseynov (bass), Wiener Philharmoniker © Sazburger Festpiele | Marco Borrelli
Iwona Sobotka (sopran), Marianne Crebassa (mezzosopran), Riccardo Muti (dyrygent), Michael Spyres (tenor), Maharram Huseynov (bass), Wiener Philharmoniker © Sazburger Festpiele | Marco Borrelli

Moje dwa spotkania z „Requiem” Verdiego w Salzburgu pod dyrekcją Riccarda Mutiego były niezwykle pięknym doświadczeniem. Dodam, że podczas drugiego koncertu siedziałam nietypowo bo na miejscach dostawionych na scenie, na których można odbierać „Requiem” zupełnie inaczej niż z miejsc na widowni. Siedząc bez mała pośród muzyków lepiej można zrozumieć, że w interpretacji Mutiego monumentalność dzieła ani przez chwilę nie stawała się celem samym w sobie. Najbardziej przejmujące okazywały się nie najpotężniejsze wejścia orkiestry czy chóru, lecz chwile, w których za całym tym ogromem pozostawał nagle pojedynczy człowiek – ze swoim lękiem, wiarą i pytaniem, na które Verdi nie daje odpowiedzi.

Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕

Postaw kawę
reklamaspot_img
reklamaspot_img
reklamaspot_img

Również popularne