Położona pomiędzy Mediolanem a Wenecją, urokliwa Werona przyciąga rokrocznie setki tysięcy turystów nie tylko przepięknym historycznym centrum miasta, ale również bogatą ofertą kulturalną. Odbywający się tam od ponad stu lat letni festiwal operowy Arena di Verona wciąż cieszy się niemalejącym zainteresowaniem. W przyszłym roku 103. edycja wydarzenia zostanie zainaugurowana „Traviatą”, a w programie znalazły się także m. in. „Turandot” w klasycznej reżyserii Franca Zeffirellego i „Nabucco” w awangardowej realizacji Stefano Pody. „Aida” Giuseppe Verdiego zostanie zaprezentowana w aż dwóch inscenizacjach – w reżyseriach Zeffirellego i Pody. W ten sposób najstarszy włoski festiwal operowy na świeżym powietrzu pragnie łączyć tradycję z nowoczesnością, proponując zarówno propozycje skierowane do miłośników klasycznych inscenizacji, jak i wydarzenia wyreżyserowane z myślą o publiczności poszukującej nowych odczytań operowego kanonu.

Oprócz odbywającego się przez trzy miesiące festiwalu, w Weronie działa również teatr operowy Teatro Filarmonico – położony kilkaset metrów od amfiteatru z widownią na około 1200 miejsc. Ostatnią premierą minionego sezonu przygotowaną w grudniu 2025 roku był „Ernani”, rzadko wykonywana opera Giuseppe Verdiego z wczesnego okresu jego twórczości. Możliwość posłuchania jej na żywo nie była jednak jedynym argumentem przekonującym mnie do podróży do Werony. „Ernani” był również pierwszym spektaklem, jaki miał zrealizować w tym teatrze Stefano Poda, w Weronie reżyserujący dotychczas jedynie na plenerowej scenie Areny.
Włoski reżyser przygotowuje swoje spektakle całościowo – odpowiada za wszystko: począwszy od reżyserii, przez scenografię i kostiumy, aż po choreografię i reżyserię świateł. Awangardowe inscenizacje Pody utrzymane są w podobnym, dosyć powtarzalnym, ale jednorodnym i charakterystycznym stylu. W utrzymanych w futurystycznej stylistyce kostiumach i scenografii jak zwykle dominowały odcienie bieli, srebra, czerni i czerwieni. Widowiskowości nadawała nadzwyczajna gra świateł, a także małych diod wbudowanych w elementy dekoracji.

Najnowsza inscenizacja Pody przesycona jest nie zawsze czytelnymi symbolami. Fragmenty antycznych rzeźb porozrzucanych w przestrzeni sceny, poustawiane na proscenium książki czy wbudowane w scenografię komputerowe diody stworzyły razem efekt spektakularnego widowiska, trudno jednak doszukać się łączącego je wspólnego mianownika.
Nie zabrakło charakterystycznego dla tego reżysera użycia sceny obrotowej w cabalettach (na niekorzyść słyszalności śpiewaków), a także plastycznej choreografii przygotowanej dla tancerzy i statystów w finałach aktów. Przydałoby się natomiast nieco wyraźniejsze nakreślenie motywacji protagonistów w kilku scenach, zwłaszcza, że skomplikowana fabuła „Ernaniego” obfituje w liczne zwroty akcji, będące konsekwencją zależności pomiędzy bohaterami: dumnym szlachcicem de Silvą, szlachetnym królem Karolem i hersztem zbójców Ernanim, okazującym się tak naprawdę księciem Juanem Aragońskim.

Bezapelacyjnym bohaterem premierowego wieczoru okazał się Amartuvshin Enkhbat w roli króla Karola. Drobne mankamenty aktorskie z nawiązką nadrobił on bezbłędnym wykonaniem partii wokalnej. Jego baryton ma przepiękną, ciemną barwę, a prowadzone z niesłychaną krągłością frazy zdają się nie mieć końca. Artysta urzeka niespotykaną dziś już kulturą śpiewu piano – głos schodząc do cichszej dynamiki ani trochę nie traci na gęstości brzmienia i szlachetności emisji.

Na wyrost w partiach Elwiry i Ernaniego zostały obsadzone ładne skądinąd głosy Olgi Maslovej i Antonia Poliego. Z sukcesami występująca na scenach włoskich solistka petersburskiego Teatru Maryjskiego, wzbogaciła stylowe frazowanie uczuciową interpretacją, ale jej koloraturom gdzieniegdzie zabrakło sprężystości, a młodo brzmiącemu sopranowi – dramatycznego wyrazu. Poli dysponuje z kolei miłym w brzmieniu, jasnym tenorem lirycznym, z zadatkami w przyszłości na głos lirico spinto, jednak obecnie niepotrzebnie forsowanym w scenach wymagających od śpiewaka dramatycznej siły.

Dość konwencjonalną, jednowymiarową interpretację postaci hrabiego da Silvy zaprezentował Witalij Kowaljow. Choć jego metaliczny, ubogi w alikwoty bas mógłby sprawdzić się w rolach srogiego Hundinga czy Hagena, w repertuarze włoskim niestety zdaje się nie mieć zastosowania.
Nad stylową grą orkiestry i pełnym, bogatym brzmieniem chóru czuwał Paolo Arrivabeni, dyrygujący z dramatycznym nerwem i verdiowskim „pazurem”. Dzieki niemu każdy z solistów zyskał komfortowe warunki do wykonywania swojej partii – potoczyście prowadzona fraza delikatnie pulsowała niuansami agogicznymi, a fermaty i pauzy zostały dostosowane do indywidualnych preferencji śpiewaków.





