REKLAMA

„Faust” w niedalekiej przyszłości. Premiera opery Gounoda w Teatrze Wielkim w Łodzi

„Faust” Charlesa Gounoda zdecydowanie zbyt rzadko w ostatnich latach pojawia się na polskich scenach operowych. Zaplanowanie i przygotowanie w przeciągu pół roku tak dużej premiery w Łodzi choć jest pomysłem odważnym i efektownym, to w rezultacie nie wszędzie doszlifowanym i uporządkowanym.

Inscenizacja Ewy Rucińskiej przenosi doskonale znaną nam historię w przyszłość. Obserwujemy zatem świat zniszczony wojną, pandemią i konfliktami społecznymi. Faust jest patologiem, w owianym mgłą prosektorium zajmuje się badaniem zwłok. Wraz z ostatnimi aktami poprzedzającego operę preludium, jeden z denatów budzi się i intonuje słynne Rien!. To Młody Faust, który odzwierciedla potrzeby i udręki lekarza, czyli Starego Fausta. Ten, osaczony i zalękniony, ale również zauroczony widokiem pięknej Małgorzaty (kelnerki pochodzącej z biednej dzielnicy) podpisuje kontrakt z tajemniczym, ubranym całym na czarno Mefistem. Siebel jest w tej inscenizacji młodym, rezolutnym chłopakiem, który wkrótce zostanie poddany próbie wcielenia w oddziały wojska, natomiast Marta Schwerlein – wszędobylską uliczną handlarką.

„Faust” w Teatrze Wielkim w Łodzi © Krzysztof Bieliński
„Faust” w Teatrze Wielkim w Łodzi © Krzysztof Bieliński

Wraz z biegiem akcji, w materii spektaklu przybywa coraz to więcej dodatkowych wątków i symboli, ukrytych znaczeń, które trudno jest jednoznacznie rozumieć i ze sobą łączyć. W rezultacie uwaga widza czasem skupia się bardziej na dynamicznej inscenizacji, zamiast na przepięknej (nawet, czy zwłaszcza w dłużyznach libretta) muzyce. Zdaje się, że i ona niekiedy schodzi na drugi plan, dla realizatorów ważny bowiem jest obrazek. Bazę do niego tworzą pełne rozmachu dekoracje Agaty Skwarczyńskiej, które imponują zwłaszcza w efektownie poprowadzonych scenach zbiorowych. Scenografka wykorzystała pełnię możliwości technicznych sceny – z jej kieszeni wysuwają się wózki, w ruch poszły zapadnie, a obrotówka kręci się bez przerwy i zdaje się, że generowane przez tę maszynerię i przeszkadzające muzyce trzaski nikogo już niestety nie dziwią. Często pomijana podczas wielu realizacji scena baletowa „Noc Walpurgii” w V akcie niestety została bardzo okrojona, nie wykorzystano również jej potencjału baletowego (choreografia – Aleksandra Osowicz). Niezrozumiałym zupełnie pomysłem jest połączenie III aktu z IV – aktów tak odmiennych zarówno muzycznie, jak i emocjonalnie.

Patrycja Krzeszowska (Małgorzata) © Joanna Miklaszewska
Patrycja Krzeszowska (Małgorzata) © Joanna Miklaszewska

Nie brakuje jednak prawdziwie świetnych inwencji, ciekawego początku spektaklu w prosektorium, wymownej w wyrazie sceny w kościele i dojmującego finału opery. Całość dopełniają dopracowane, inspirowane jednak stylami XX-wiecznymi kostiumy Arkadiusza Ślesińskiego oraz tworzące nastroje kolejnych scen światła w reżyserii Pauliny Góral.

Występujący w tytułowej roli Nazarii Kachala dysponuje mocnym, pewnie prowadzonym tenorem o włoskiej barwie i w przyszłości będzie mógł zapewne kreować role repertuaru spinto. Stworzył interesującą postać, zgodnie z założeniami reżyserki, pozostającą nieco w cieniu i może właśnie dlatego w jego interpretacji zabrakło mi trochę lekkości i blasku.

Wojciech Gierlach (Mefisto) i Nazarii Kachala (Faust) © Joanna Miklaszewska
Wojciech Gierlach (Mefisto) i Nazarii Kachala (Faust) © Joanna Miklaszewska

Krągły bas Wojciecha Gierlacha, choć z początku nie zawsze był dobrze słyszalny, wraz z kolejnymi scenami coraz lepiej oddawał charakter Mefista. Obie słynne, popisowe arie („Rondo o złotym cielcu” z II aktu oraz „Serenada” z IV aktu) zostały jednak zadyrygowane w zbyt szybkim tempie, utraciwszy zapisany między wierszami partytury komizm i rubaszność postaci oraz możliwości interpretacyjnego kunsztu. Uwagę natomiast przykuwał dopracowany ruch sceniczny i kreowanie tej wyjątkowej roli nawet małymi gestami.

Wraz z fuzją III aktu z IV, postać Małgorzaty może być dla kreującej ją śpiewaczki nie tylko wyzwaniem dramaturgicznym, ale również kondycyjnym. Mimo to Patrycja Krzeszowska odważnie pokonała ogrom zadań aktorskich, które stawia przed nią inscenizacja (m. in. choreografia w rytm walca na wirującej scenie obrotowej podczas wykonywania tzw. arii z klejnotami w III akcie), swoją postać tworząc pewnie brzmiącym sopranem lirycznym o słodkiej, wyrównanej barwie.

Łukasz Motkowicz (Walenty) © Joanna Miklaszewska
Łukasz Motkowicz (Walenty) © Joanna Miklaszewska

Siebel Agnieszki Makówki był bardzo naturalny scenicznie, ale niestety w jej nosowo brzmiącym głosie słyszalna była ostrość w górnym rejestrze i znaczne vibrato. Łukasz Motkowicz lepiej odnajduje się w partiach wymagających prowadzenia długiej frazy i eleganckiego legato. Mięsisty, ciemny baryton i wyraźnie zarysowane aktorstwo sprawiły, że jego Walenty był wiarygodny, a momentami nawet brutalny (piękna aria „Avant de quitter ces lieux” z II aktu).

W roli Marty Schwerlein zabłysnęła Bernadetta Grabias, która ciepłym mezzosopranem i scenicznym wdziękiem stworzyła prawdziwie charakterystyczną postać. Wcielający się w Starego Fausta Krzysztof Dyttus jest artystą chóru i ma na swoim koncie solowe role epizodyczne, mimo to uważam, że warto byłoby pomyśleć o obsadzeniu w tej honorowej roli któregoś z zasłużonych łódzkich tenorów.

Bernadetta Grabias (Marta Schwerlein) © Joanna Miklaszewska
Bernadetta Grabias (Marta Schwerlein) © Joanna Miklaszewska

Niewątpliwym atutem premiery była znakomita gra orkiestry, której rozwój śledzić można z nieukrywaną satysfakcją. Świetnie spisał się również chór i nawet jeśli czasami słychać było, że zespół ma przed sobą jeszcze trochę pracy, to nad wyraz dobrze wywiązywał się z powierzonej mu aktorsko roli. Dyrygujący premierą Rafał Janiak wydobył z francuskiej partytury bogactwo barw orkiestracji i sporo niuansów, czasem jednak mógłby nadawać nieco spokojniejsze tempa.

Patrycja Krzeszowska (Małgorzata) © Joanna Miklaszewska
Patrycja Krzeszowska (Małgorzata) © Joanna Miklaszewska
reklamaspot_img
reklamaspot_img
reklamaspot_img

Również popularne