Trzy lata działalności Opery Lubelskiej przyniosły trzy wielkie premiery – kanoniczne tytuły z wielkiego operowego repertuaru. Po inauguracyjnej „Tosce” i ponadczasowym „Don Giovannim” przyszła pora na dzieło wyjątkowe dla polskiej kultury – „Halkę” Stanisława Moniuszki. To najczęściej wystawiana polska opera – zakorzeniona w rodzimej tradycji, ale przedstawiająca historię uniwersalną, opowieść o nieszczęśliwej miłości, rozdarciu między światem chłopów i szlachty, wykorzystaniu i porzuceniu, bólu, który prowadzi ku zgubie. To też dzieło, które każda polska scena operowa powinna mieć w repertuarze.

W materiałach promocyjnych Opery Lubelskiej zapowiadano „Halkę” jako absolutnie pierwszą w dziejach Lublina. Co ciekawe – w mediach społecznościowych rozgorzała dyskusja, która nie miała na celu dyskredytowania tego przekazu, lecz jego doprecyzowanie. (I jak cudownie, że użytkownicy Facebooka okazali się tak aktywni i zaangażowani!) Pasjonaci historii muzyki bowiem szybko przypomnieli, że tytuł ten zabrzmiał w Lublinie już w 1869 roku – w Teatrze Starym. Wówczas w partii tytułowej wystąpiła Waleria Rostkowska, pierwsza wykonawczyni wersji wileńskiej dzieła. Było to jednak wydarzenie jednorazowe.

Dopiero teraz, ponad 150 lat później, Lublin doczekał się pełnej scenicznej realizacji opery w wersji czteroaktowej. Opera Lubelska, świętując trzecie urodziny, sięgnęła po tytuł-symbol. Ta „Halka” nie próbuje zaskoczyć nowoczesnością – przeciwnie, przypomina, że wierność tradycji też może być artystycznym wyborem.
Partytura Moniuszki, jego pierwsza opera, to dzieło o niezwykłej kompozytorskiej dojrzałości i śmiałości. Strukturalnie jeszcze numeryczna – z wyodrębnionymi ariami, duetami i ansamblami – zadziwia nowoczesnością instrumentacji i subtelnością frazowania. Moniuszko nie tylko wzniósł się na szczyty swojego kunsztu, ale też zarysował muzyczny język, który do dziś porusza. Można żałować, że historia polskiej muzyki została przerwana tak wcześnie – jego „Paria” dowodzi, jaką doskonałość mógłby jeszcze osiągnąć.

Reżyser Jarosław Kilian zaproponował inscenizację wierną literze libretta i tradycji. Nie szukał rewolucji – postawił na klarowną narrację, symboliczność i emocjonalną prawdę. Szczególnie porusza finał – scena samobójstwa Halki, w tej inscenizacji rozegranego w sposób niezwykły. Subtelną dramaturgię wspiera reżyseria świateł Macieja Igielskiego, budująca napięcie i nastrój tragedii, choć czasem bywało zbyt ciemno. Pasy słuckie, określające przynależność rodową, stały się wizualnym motywem spektaklu – pojawiają się zarówno w scenografii Marka Chowańca, jak i w materiałach promocyjnych. Stylowe kostiumy Agaty Uchman budują świat przedstawiony z dbałością o detal, a choreografia Iwony Runowskiej w scenach tańców góralskich dodaje przedstawieniu żywiołowości i teatralnego blasku, przywodząc na myśl tradycję francuskiej grand opera, w której scena baletowa była obowiązkowa. To wierna oryginałowi produkcja, dokładnie taka, jakiej potrzebuje nowa scena operowa, potrafiąca zaangażować widza, choć niekoniecznie go olśnić.

Premiera przyniosła wiele wspaniałych wokalnych kreacji. Po raz pierwszy w swojej karierze tytułową partię zaśpiewała Aleksandra Łaska – sopran o głębokiej sile wyrazu, barwie bogatej i szlachetnej, z dramatycznym temperamentem i liryczną czułością. W roli Janusza partnerował jej Szymon Mechliński, baryton o mocy i ognistym brzmieniu, a zarazem z niepokojem, który czyni tę postać ludzką i pękniętą. Paweł Skałuba jako Jontek – rola, którą kreuje od lat – zachwycił techniką i emocjonalnością, potrafiąc wznieść się w świat prawdziwego tenorowego liryzmu. Kamila Goik była pełną blasku Zofią, szkoda, że Moniuszko nie rozbudował bardziej tej partii. Ta postać może być interpretowana na rożne sposoby – tutaj była pełna załamania i współczucia. Szlacheckim majestatem operował Grzegorz Szostak (Stolnik), nostalgiczne zaśpiewy Górala przekonująco ukazał Piotr Maciejowski i tylko Dziemba w wykonaniu Piotra Chwedorowicza (ta postać zaczyna operę) był wokalnym zgrzytem.

Muzycznym architektem spektaklu był Vincent Kozlovsky, który odkrył w partyturze Moniuszki jej oryginalność i dramatyczny potencjał. Już uwertura – poprowadzona powoli, niemal jak marsz żałobny – w jego odczytaniu zapowiadała nadchodzącą tragedię. Dyrygent z wyczuciem bawił się tempami i kontrastami, eksponując mroczne barwy orkiestry oraz emocjonalne napięcia. Jego interpretacja była pełna odwagi i artystycznej konsekwencji, odsłaniając w „Halce” głębię, jakiej rzadko spodziewamy się w dziele tak osłuchanym. Dzięki innemu prowadzeniu narracji muzycznej partytura Moniuszki zyskała tu świeżość i niespotykaną dotąd melodię.




