reklamaspot_img

Dwie jednoaktówki Giacoma Pucciniego wyśpiewane głosami studentów

Młodzi wokaliści i młodzi instrumentaliści wystąpili w „Siostrze Angelice” i „Giannim Schicchim”. Spektakl w doskonałej inscenizacji Ewy Rucińskiej przygotowany został w koprodukcji Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie i Teatru Wielkiego – Opery Narodowej.

Wszystkie trzy części „Tryptyku” („Il trittico„) Giacoma Pucciniego, który miał swoją premierę w 1918 roku w Metropolitan Opera w Nowym Jorku, zaliczane są do dzieł werystycznych. Weryzm w przeciwieństwie do oper o królewnach czy bogach, opartych na fantazji i baśniach, czerpał tematy z rzeczywistości i opowiadał o życiu prostych ludzi. Oczywiście takie libretta pojawiały się w literaturze operowej wcześniej np. „Don Giovanni”, „Traviata” czy „Trubadur”. Jednak wybuch weryzmu nastąpił dopiero w pod koniec XIX wieku. Giacomo Puccini uznawany jest obok Pietra Mascagniego i Ruggera Leoncavalla za jednego z głównych twórców tego stylu.

„Tryptyk” bardzo rzadko pojawia się w całości. Jego trzy części: „Suor Angelica”, „Gianni Schicchi” oraz „Il tabarro” są odmienne w nastroju. Opowiadają historię innym stylem muzycznym i są do siebie zupełnie niepodobne. Wymagają też różnych głosów. W warszawskiej studenckiej prezentacji pominięto „Il tabarro” („Płaszcz”). Ta opera potrzebuje dojrzałych i dramatycznych śpiewaków, podczas gdy w dwóch pozostałych można, oczywiście z różnym skutkiem, próbować wystawić je siłami studenckimi. Zresztą często prezentuje się w ramach studiów wokalnych utwory wymagające silnych i dojrzałych głosów, dostosowując je do możliwości danej uczelni. Studenci mogą występować w „Eugeniuszu Onieginie”, „Don Giovannim”, „Così fan tutte”, a także „Koronacji Poppei”. Koronnym przykładem produkcji z udziałem młodych adeptów jest wystawiana od kilkudziesięciu lat inscenizacja „Podróży do Reims” Gioachina Rossiniego na zakończenie letniej Accademia Rossiniana w Pesaro.

Zdarza się, że studenci nie wracają już do ról, które śpiewali na studiach. Przedstawienie „Così fan tutte” Wydziału Wokalnego i Instrumentalnego, wtedy jeszcze Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie, w 1975 roku, okazało się jedyną Dorabellą Ewy Podleś. Kreująca partię na zmianę Ryszarda Racewicz także tej roli już nie zaśpiewała. Kolejny przykład to Małgorzata Walewska, która tylko raz wystąpiła w roli piastunki Arnalty w „szkolnym” przedstawieniu „Koronacji Poppei” Claudia Monteverdiego.

Pokazanie się na przedstawieniu prezentowanym na profesjonalnej scenie operowej jest okazją sprawdzenia zarówno nabytych umiejętności wokalnych, jak i praktycznej nauki zawodu. Śpiewacy pobierają nauki przecież dlatego, żeby występować. Ale takie produkcje są również publiczną prezentacją poziomu naukowego uczelni. A widzowie mogą zastanawiać się, który profesor ma najlepszych uczniów i w jaki sposób ich prowadzi.

Ambitną próbę pokazania potencjału przyszłych śpiewaków operowych przygotował UMFC pod opieką artystyczną prof. dr. hab. Roberta Cieśli i prof. UMFC dr. hab. Jolanty Janucik. Spektakle, pod patronatem JM Rektora prof. dr. hab. Klaudiusza Barana, zaprezentowano dwukrotnie, 23 i 24 kwietnia na scenie im. Emila Młynarskiego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. Nazywa się ją Salą Kameralną, w odróżnieniu od gigantycznej sceny głównej, choć wcale nie jest taka mała. Wystawia się na niej nie tylko utwory barokowe, ale także balety i opery współczesne, np. Benjamina Brittena czy Philipa Glassa. Obsada obu wieczorów była w większości podwójna, tylko niektóre mniejsze role śpiewali ci sami artyści. Obejrzałem spektakl 24 kwietnia.

Suor Angelica - scena zbiorowa © Rafał Kazanecki / UMFC
„Suor Angelica” – scena zbiorowa © Rafał Kazanecki / UMFC

Wyreżyserowane przez Ewę Rucińską obie jednoaktówki okazały się imponującymi inscenizacjami, jeśli chodzi o wyobraźnię realizatorki, odczytanie libretta i prowadzenie aktorów. Obie były też zupełnie inne. Mroczny i okrutny świat klasztoru w „Siostrze Angelice” silnie kontrastował ze zwariowaną, bałaganiarską i szaloną atmosferą Florencji w „Gianni Schicchim”.

Jak dobrze, że zaczęto od tragedii! W ascetycznej „Angelice” mocno zaznaczono, posługując się właściwie tylko białymi plastikowymi krzesłami, więzienną przestrzeń mnisiej celi. Czarny świat przypominał piekło na ziemi. Białe habity zakonnic wyglądały jak zjawy. Symbolicznie i pięknie operowano też światłem (Maciej Igielski). Rucińska starała się zindywidualizować swoje nieszczęśliwe bohaterki. Zakon to właściwie koszary, a surowa, pełna przemocy Przeorysza (interesująco zaśpiewana przez Roksanę Maciejczuk) dotkliwie karze nowicjuszki za najdrobniejsze przewinienie. Jedynym komicznym epizodem jest w tym dziele wystąpienie Siostry Dolciny (Xiaoyu Mou), wielkiej łakomczuszki. Wspaniała jest scena snucia marzeń i piękny śpiew Siostry Genovieffy (Julia Pliś) o chęci dotknięcia zimnego nosa puchatej owieczki. Poruszający jest obraz z rozsypywaniem płatków kwiatów. „Suor Angelica” jest szczególna jeszcze z jednego powodu. To dzieło, w którym występują tylko kobiety.

Wizyta Ciotki Księżnej (La Zia Principessa) była jak z najlepszego horroru. W tę bezduszną i odrażającą postać wcieliła się Zuzanna Nalewajek, śpiewając rozlewnie i inteligentnie, pięknym, ciemnym mezzosopranem, wspaniale interpretując frazę Pucciniego i wspaniale grając. Niestety obdarzona silnym i gęstym sopranem Antonina Kiepuszewska, odtwórczyni roli tytułowej, bardzo forsowała swój głos, przez co tracił on barwę i niezbędną miękkość.

Po przerwie zaprezentowano operę „Gianni Schicchi”, jedyną w dorobku Pucciniego komedię. I jedno z nielicznych w jego dorobku dzieł, w których nikt nie umiera. Oczywiście umiera przedstawiciel rodu, florencki bogacz Buoso Donato, ale nie widzimy jego śmierci, a próby unieważnienia jego testamentu są kanwą opowieści. Opera jest dalekim echem Verdiowskiego „Falstaffa”, pełna motywów przewodnich i epizodów muzycznych. Perypetie spadkobierców przypominają w tej inscenizacji szaleńczą jazdę bez trzymanki. Ta sceniczna opowieść pełna jest gagów, gonitw i brawurowej, wymagającej gimnastyki. Studenci mieli naprawdę trudne zadania aktorskie i pod tym względem wyszli z nich obronną ręką. Kolorowa scenografia była rozbuchaną graciarnią. Jak napisał w swojej relacji Adam Rozlach dekoracja przypominała słynny „Kabarecik” Olgi Lipińskiej. Ale apartament przetrząśnięty przez chciwych kuzynów nie mógł wyglądać inaczej.

Gianni Schicchi - scena zbiorowa © Rafał Kazanecki / UMFC
„Gianni Schicchi” – scena zbiorowa © Rafał Kazanecki / UMFC

W operze występuje wiele postaci i każdy z licznych krewnych poprowadzony był odrobinę w inny sposób, tak jak u każdego trochę inaczej objawia się chciwość. W pamięć zapadły Zitta Agnieszki Zińczuk, Nella Anny Obrączki oraz Ciesca Katarzyny Prokopczuk. Aleksander Słojewski, Yonheng Dong, Bartek Kieszkowski oraz Anqui Yang kreowali odpowiednio Gherarda, Betta di Signa, Simona i Marca, sprawnie odnajdując się w długich i trudnych scenach ansamblowych. Partię tytułową kreował Łukasz Górczyński udowadniając duży talent sceniczny. Paulina Gocałek wzorowo po studencku wykonała słynną arię „O mio babbino caro”, a Jia Zhu był Rinucciem o belcantowym potencjale.

Za scenografię, kostiumy i charakteryzację obu oper odpowiadała Elżbieta Tolak, choreografię przygotowała Ilona Molka. Młodymi muzykami, także studentami UMFC dyrygował Rafał Janiak, wydobywając z orkiestry piękne, rzewne i dramatyczne brzmienie.

reklamaspot_img

Również popularne