REKLAMA

Radość słuchania – o krakowskiej inscenizacji „Hermiony”

„Hermiona” Gioachino Rossiniego to dzieło niezwykle piękne, ale niebotycznie trudne dla wykonawców. Krakowski spektakl wystawiony na zakończenie Royal Opera Festival pokazał, że te trudności wcale nie są takie piekielne.

W przeciwieństwie do prezentowanej tydzień wcześniej w ramach Royal Opera Festival „Armidy” Gioachino Rossiniego, „Hermiona” miała znacznie mniej scenicznego szczęścia. Prapremiera dzieła odbyła się 27 marca 1819 w neapolitańskim teatrze San Carlo, zaledwie cztery miesiące po triumfalnym sukcesie „Riccarda i Zoraidy” (opery obecnie niemal niewystawianej), była ona wielkim fiaskiem kompozytora i dzieło zostało zapomniane na ponad 150 lat.

Hermiona była córką Heleny Trojańskiej i Menelaosa, siostrzenicą Klitajmestry i Agamemnona, a co za tym idzie, kuzynką Orestesa. Jean Racine w tragedii „Andromacha” skupił się na konflikcie miłosnym, tworząc też przejmujący teatr psychologiczny. Odszedł w nim jednak od różnych wersji mitu. Andromacha, według mitologii, została jednak żoną Pyrrusa i urodziła mu kilkoro dzieci. Nie ocaliła też swojego syna. Ponieważ przepowiednia mówiła, że Astyanaks odbuduje zniszczoną Troję, chłopiec został strącony z murów przez Odyseusza lub Pyrrusa. Adaptacji sztuki Racine’a na potrzeby operowego libretta dokonał Andrea Leone Tottola, jednak tytułową bohaterką uczynił nie Andromachę, lecz jej rywalkę Hermionę.

Rossini przez całe swe życie był twórcą otwartym na nowe możliwości i rozwiązania muzyczne, poszukiwał nowoczesnych form muzycznego dramatu scenicznego. Jak pisał Stendhal, nad „Hermioną” unosi się cień Christopha Willibalda Glucka. W formalnej strukturze to dzieło nawiązuje też do utworów Claudia Monteverdiego. Kompozycja, pomimo pulsujących emocji, zwłaszcza w pierwszej części, ma strukturę statyczną, niemal oratoryjną. Prawie żadna z postaci nie ma samodzielnej arii, choć wszyscy protagoniści są doskonale „wyposażeni” wokalnie. Andromacha, po oryginalnej introdukcji z chórem, wykonuje olbrzymią scenę rozpaczy. Bardzo zapracowanych jest także dwóch tenorów, Pyrrus i Orestes. Wielka scena Pyrrusa „Balena il man del figlio” jest w ogóle jednym z największych osiągnięć Łabędzia z Pesaro, w trakcie tej sceny wszyscy bohaterowie, przedstawiając własne stanowiska, łączą się w gigantycznym i upajającym ansamblu.

Tytułowa bohaterka wykonuje w II akcie wielką scenę obłędu, przywodzącą na myśl przyszłe heroiny pokroju Anny Boleny, Łucji czy Normy. Rossini napisał tę partię dla wielkiej ówczesnej śpiewaczki Isabelli Colbran. Hermiona jest oszalała z miłości, intryguje i namawia do zbrodni, trudno nazwać ją bohaterką pozytywną i trudno pokochać tak dwuznaczną postać.

„Hermiona” Gioachina Rossiniego w Filharmonii Krakowskiej – scena zbiorowa © Izabela Kaim-Kalinowska
„Hermiona” Gioachina Rossiniego w Filharmonii Krakowskiej – scena zbiorowa © Izabela Kaim-Kalinowska

Jest to dzieło, które wymaga ogromnych sił wykonawczych: sopranu, kontraltu i dwóch wytrzymałych, sprawnych tenorów; najpewniej z tego też powodu jest tak rzadko prezentowane na scenach i estradach. „Hermiona” po raz pierwszy w XX wieku pojawiła się, ze znacznymi skrótami, w 1977 roku w Sienie. Oprócz Kazue Shimady w partii tytułowej wystąpili w niej Eduardo Gimenez (Orestes), Bruno Sebastian (Pyrrus) i Silvana Mazzieri (Andromacha). Dziesięć lat później miała miejsce legendarna produkcja: w 1987 roku na festiwal Rossiniego w Pesaro zaproszono tak wielkie gwiazdy, jak Montserrat Caballé (Hermiona), Marilyn Horne (Andromacha), Chris Merritt (Pyrrus) i Rockwell Blake (Orestes), spektakl pod dyrekcją Gustava Kuhna był transmitowany przez włoską telewizję RAI i nadal można obejrzeć go na Youtube.

Wielką Ermioną została Anna Caterina Antonacci, biorąc udział w kilku produkcjach, m. in. w San Francisco, Buenos Aires, Glyndebourne czy Rzymie. W brytyjskim prawykonaniu w 1992 roku towarzyszył jej w partii Pyladesa Jacek Laszczkowski. W 2008 r. w Pesaro Ermionę śpiewała Sonia Ganassi. Fragmenty opery zaprezentowano podczas wspaniałej Gali Sylwestrowej w 2001 roku, pod dyrekcją Alberta Zeddy. Ewa Podleś, poza pierwszy raz w historii wykonaną orkiestrową wersją kantaty „Giovanna d’Arco”, zaśpiewała także introdukcję Andromachy; olbrzymią zaprzepaszczoną szansą była rezygnacja z płytowej edycji tego koncertu…

W 2003 roku w Filharmonii Śląskiej w Katowicach po raz pierwszy w Polsce zaprezentowano „Ermionę” w całości. W wersji koncertowej wystąpili wówczas m.in.: Kyungsun Choi w roli tytułowej, Ryu-Kyung Kim (Andromacha), David Adams (Pyrrus) i Michael Belnap (Orestes), dyrygował Peter Tiboris.

Aurora Faggioli (Andromacha) i Moisés Marín (Pyrrus) © Izabela Kaim-Kalinowska

Mając w pamięci legendarne wykonanie z Pesaro oraz mistrzowską interpretację Ewy Podleś jako Andromachy, wybierałem się do Krakowa, aby posłuchać tej wspaniałej opery, nie licząc jednocześnie na nadzwyczajne fajerwerki wokalne. Myliłem się, i jest to jedna z najprzyjemniejszych moich pomyłek. Spektakl „Hermiony” rozpoczyna się jeszcze przed uwerturą, widzowie słyszą przejmujący i przejmująco wykonany lament Andromachy wygłoszony przez mezzosopranistkę Aurorę Faggioli, kreującą tęże postać w przedstawieniu; tekst został napisany przez reżysera spektaklu, Jochena Schönlebera. Na estradzie Filharmonii Krakowskiej stworzył on teatralną scenę: operował głównie grą śpiewaków i chórzystów, kilkoma prostopadłościanami, na których czasami pojawiały się projekcje, pochyłym podestem. Przede wszystkim tworzył jednak atmosferę przy pomocy świateł.

Nie mieliśmy więc do czynienia z jakimś semiscenicznym wykonaniem, lecz z pełnowymiarowym spektaklem operowym. Obrazy z uwertury pojawiające się na kubikach, pokazywały zarówno Troję, może też Syrię, przede wszystkim jednak Ukrainę. Reżyser opowiedział widzom w spektaklu, co się dzieje z ludźmi po traumie zagłady, której albo doświadczyli, albo której dokonywali. Uniwersalna, ponadczasowa muzyka Rossiniego doskonale sprawdza się w tego typu ascetycznych produkcjach.

Orkiestra Filharmonii Krakowskiej, zasiadająca na parterze w miejscu wymontowanych kilku rzędów foteli, od pierwszych taktów zagrała po mistrzowsku. Jestem pewien, że niemała to zasługa doskonałego dyrygenta, Antonino Foglianiego, swoją drogą godnego kontynuatora – co słychać było w czasie całego spektaklu – legendy rossiniowskiej interpretacji, Alberto Zeddy. Wykonania Zeddy charakteryzowała niezwykła lekkość i puszystość muzyki Rossiniego, przede wszystkim jednak dbałość o wykonanie każdej najdrobniejszej uwagi kompozytora. Na przykład akcentując pauzę (zaznaczoną przez mistrza z Pesaro) w finale „Dziewicy z jeziora” pokazał, że zakończenie wbrew pozorom wcale nie jest radosne i główna bohaterka śpiewając o radości wcale w swoim związku szczęśliwa nie będzie, lecz trawiona tęsknotą za innym bohaterem opery.

Takie smaczki pokazał również Fogliani. Chciałbym zwrócić uwagę na jeden z nich: w czasie finału I aktu dwukrotnie dynamika orkiestry jest tłumiona, a na pierwszy plan wychodzą krótkie frazy grane przez dwóch kontrabasistów; ten przejmujący i niepokojący dźwięk zapowiada katastrofę II aktu. Dyrygent dbał o piękne brzmienie orkiestry, choć muszę przyznać, że w kwintecie (szczególnie chodzi mi o skrzypce) nawet przy dużej dynamice smyczki mogłyby bardziej muskać struny, a nie je dramatycznie cisnąć. Fogliani to troskliwy partner dla wokalistów, reagował na każde ich spowolnienie bądź przyspieszenie, czuł, kiedy skatowanemu koszmarnie trudnymi fragmentami śpiewakowi czy śpiewaczce dać chwilę oddechu i odpoczynku. To naprawdę wielki mistrz.

Pracował on ze świetnymi muzykami orkiestry Filharmonii Krakowskiej, uważnymi, wrażliwymi i – co wcale nie jest oczywiste dla wielu muzyków – muzykalnymi! Świetnie brzmiały wszystkie sekcje orkiestry, a niewielkie solowe wejścia sprawiały mi dużą radość i satysfakcję – flet w uwerturze, waltornia (waltornia!) w scenie Andromachy oraz parokrotnie klarnet. Pełnokrwistymi aktorami zarówno pod względem muzycznym, jak i scenicznym, okazali się artyści chóru Filharmonii. W scenie Andromachy chór męski, ustawiony na balkonie, zabrzmiał czysto, klarownie, homogenicznie, harmonicznie i przejmująco. Potem już na scenie chórzyści, 12 pań i 12 panów, śpiewali z pamięci swoje kwestie, jednocześnie wykonując zadania aktorskie. Nie dziwi więc, że zarówno dyrygenta, orkiestrę, jak i artystów chóru nagrodzono na koniec entuzjastyczną owacją.

Są artyści, którzy „zabijają” arię czy wręcz całą partię, to znaczy wykonują ją tak doskonale, że później trudno jest słuchać innych wykonawców. Trochę się obawiałem, że mając w uszach Andromachę w kreacji Ewy Podleś, mogę być niesprawiedliwy w ocenie Aurory Faggioli. Nie jest ona kontraltem, to klasyczny mezzosopran, ciemny w barwie, bogaty w alikwoty choć nieco matowy w brzmieniu. Andromacha w jej wykonaniu była przejmującą w swej rozpaczy wdową po Hektorze oraz wzruszała w swej trosce o przyszłość syna. Faggioli umiejętnie wykorzystuje przymioty swego głosu do malowania barwnej, targanej emocjami postaci. Dba też o jednolite brzmienie, chociaż ja nie miałbym nic przeciwko temu, aby czasem porzuciła rejestr głowowy i zakończenie dramatycznych fraz wykonała rejestrem piersiowym. Stworzyła zupełnie inną postać niż Ewa Podleś czy, wcześniej, Marilyn Horne, nie usiłowała nikogo naśladować, a to co zaproponowała było przejmujące, poruszające i bardzo oryginalne.

Tytułowa bohaterka, sopranistka Serena Farnocchia obdarzona jest kremowym w barwie oraz równie kremowym w brzmieniu głosem. Technika oraz bogata wyobraźnia pozwoliły jej stworzyć postać obrzydliwie wręcz podłą i zazdrosną, ale jedocześnie zmusiła widzów, żeby jej współczuć; to była wspaniała kreacja. Bardzo trudną rolę tenorową Orestesa kreował młody artysta Patrick Kabongo. We wspominanej wyżej rejestracji z Pesaro partię tę wykonywał Rockwell Blake, znany z niekończącego się oddechu. Kabongo nie szarżował, nikogo nie naśladował, zdawał sobie sprawę ze swoich ograniczeń (które, jestem pewien, wraz z wiekiem przeminą) i nigdy nie przekroczył granicy słyszalnego wysiłku. Gdy tylko w jakichś kulminacjach można było wyczuć, że artysta może się męczyć, natychmiast reagował doskonały dyrygent, Antonino Fogliani. Pragnę jednak mocno podkreślić, Kabongo nie miał żadnych problemów, ponieważ zna swój instrument i panuje nad nim, natomiast można było przeczuć, że jeśli dyrygent nie zareaguje, problemy mogą się pojawić.

Wreszcie kolejny tenor, Moisés Marín jako Pyrrus. Jego partia jest równie wymagająca i równie obszerna jak wiele z ról wagnerowskich, jednak zadanie miał o wiele trudniejsze, bowiem nie mógł po wagnerowsku „ryczeć”, lecz musiał prezentować nieskazitelne belcanto. Jego kreacja wydała mi się arcymistrzowska. Głos Marína jest bardzo jednolity w barwie we wszystkich rejestrach, nie ma żadnych dźwięków doczepionych ani wyciśniętych, dzięki doskonałej technice mógł się po prostu skupić na psychologicznym obrazie swojego bohatera. Podkreślić także trzeba ogromną samoświadomość artysty; on doskonale wie co może zrobić, a czego nie powinien nawet próbować. Na koniec trzeba dodać, że natura obdarzyła jego głos bogatą, świetlistą barwą.

Z zasady, gdy pisze się o jakimś spektaklu, wymienia się dla porządku wykonawców drugiego i trzeciego planu. W przypadku krakowskiej produkcji takich artystów nie było, wszyscy byli doskonale przygotowani, doskonale brzmiący, doskonale interpretujący swoje role. Zauszników obu głównych bohaterów kreowali tenor Chuan Wang oraz bas-baryton Jusung Gabriel Park. Swoimi wykonaniami udowodnili, że obaj są gotowi do kreowania ról pierwszoplanowych, a ich piękny muzycznie oraz trudny technicznie duet okazał się ich triumfem. W małej tenorowej partii zaprezentował się Bartosz Jankowski jako Attalo. W swych wejściach i wstawkach zaprezentował piękny w barwie głos, świetną technikę oraz doskonałą świadomość sceniczną.

„Hermiona” Gioachina Rossiniego w Filharmonii Krakowskiej podczas Royal Opera Festival © Izabela Kaim-Kalinowska

Powiernicą Hermiony była obserwowana przeze mnie z uwagą od jakiegoś czasu Mariana Poltorak. Także ona interpretacyjnie i wokalnie gotowa jest do kreowania pierwszoplanowych partii, czuje ona doskonale Rossiniego i belcanto. Sopranistka Katarzyna Guran śpiewała partię opiekunki przebywającego w niewoli syna Andromachy. Aktorsko i interpretacyjnie była wprost doskonała, a w nielicznych niestety wejściach wokalnych pokazała głos piękny w barwie.

Stojąca owacja była zarówno spontaniczna, jak i w pełni zasłużona. Wieczór w Filharmonii Krakowskiej, choć wydawał się niestety tak krótki, dostarczył mi ogromnej radości słuchania pięknego dzieła w doskonałym wykonaniu. Wykonanie to z dumą mogłoby być pokazane w czasie festiwalu Rossiniego w Pesaro. Program Royal Opera Festival zostanie powtórzony na niemieckim festiwalu Belcanto Opera Festival ROSSINI IN WILDBAD, jestem pewien reakcji publiczności!

reklamaspot_img

Również popularne