Jak czytamy w zapowiedziach spektaklu, to „musical familijny” – opowieść dla całych rodzin. I rzeczywiście: na widowni było mnóstwo dzieci. Mali widzowie niecierpliwili się, gdy przedstawienie minimalnie się opóźniało, a potem przeżywali każdą scenę z pełnym zaangażowaniem, reagując spontanicznie i głośno, jak to bywa w teatrze dla dzieci. To baśń przede wszystkim dla najmłodszych – takich, które jeszcze naprawdę wierzą w świętego Mikołaja i którym można opowiadać bajki.
W tajemniczej Krainie Ciszy spotykamy trójkę bohaterów: Lalę, Ninę i Paca – wędrowców z dalekich stron. Błądzą w zimowym świecie, szukając drogi powrotnej do domu; nie mamy pewności, czy to, co widzimy, dzieje się naprawdę, czy jest jedynie snem. Rozpoczyna się seria prób mających uwolnić muzykę zaklętą w książce przez tajemniczą Władczynię. Ale okazuje się, że nie ma ona lodowatego serca: nie jest złą Królową Śniegu. Bliżej jej do magicznej Gladioli z „Czarnoksiężnika ze Szmaragdowego Grodu” niż do stereotypowej czarownicy.

Kraina Ciszy nie jest miejscem groźnym. To raczej przestrzeń zatrzymania – chwila wsłuchania się w siebie i refleksji. Do tego właśnie zmusza bohaterów Lodowa Władczyni: nie karze, lecz stawia pytania i prowokuje do uważności.
Finał przynosi rozwiązanie: kolędy zostają odnalezione, a muzyka wraca do ludzi. W kulminacyjnym momencie artyści zapraszają publiczność do wspólnego śpiewania – w Sali Basenu Artystycznego (WOK działa na dwóch scenach) rozbrzmiewa między innymi „Cicha noc”: uniwersalna, ponadnarodowa pieśń śpiewana o tej porze roku na całym świecie.

To, co szczególnie ujęło mnie w tej produkcji, to fakt, że została napisana i zrealizowana z ogromnym szacunkiem dla młodego widza. Nie jest to naiwna historia z naiwnym morałem. Przeciwnie – to opowieść nieco niejednoznaczna: o tęsknocie, o magii, o potrzebie bliskości, a także o tajemniczej Królowej Śniegu, która ukrywa przed światem muzykę, tak, aby zapanowało więcej ciszy i muzyka była prawdziwym świętem. Spektakl przypomina, że kolędy i pamięć mogą powrócić wtedy, gdy ludzie zbliżą się do siebie – celebrując radość wspólnego śpiewania. To wartości proste, ale wciąż fundamentalne i dlatego tak ważna jest muzyka.
„Zaginione kolędy” są przede wszystkim produkcją rozrywkową – nie mają wiele wspólnego z operą w tradycyjnym sensie. Aranżacje Jerzego Wołosiuka są niezwykle melodyjne, bliskie jazzowej lekkości i estetyce musicalowej. Partytura ma też wyraźne motywy muzyczne: niczym refren powraca pierwszy utwór (obecny również w finale): „Wędrowna nuto, prowadź nas”. Właściwie każda piosenka ma potencjał, by stać się przebojem – należy mieć nadzieję, że powstanie nagranie. Ta muzyka naprawdę działa: piosenki zostają w pamięci, a kilka melodii towarzyszy widzowi jeszcze długo po wyjściu z teatru.

Z subtelnym, ale skutecznym nagłośnieniem (realizacja dźwięku: Jakub Skowroński) bardzo dobrze brzmieli soliści – świetnie śpiewający studenci Wydziału Wokalno-Aktorskiego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina specjalności musicalowej: Zuzanna Łukawska (Lala), Kinga Gurgul (Nina), Stefan Andruszko (Paco), a także Natalia Jankiewicz jako Władczyni. To już świetne osobowości wokalne. Ważną rolę pełnił również balet – symboliczni Trzej Strażnicy, którzy ostatecznie okazują się sprzymierzeńcami bohaterów: Michał Góral, Jakub Piotrowicz, Sebastian Piotrowicz. Jerzy Wołosiuk, kompozytor i autor libretta, prowadził zespół instrumentalny z wyraźną, „festiwalową” energią.

Spektakl przyciąga także wizualnie. Pomysłowe, pełne przepychu kostiumy – zwłaszcza niezwykła suknia Królowej Śniegu oraz stroje wędrowców (w tym czerwienie Paca) – są dziełem Zuzanny Grzegorowskiej. Jej projekty wykorzystują symbole i archetypy znane z baśni, ale inteligentnie je przetwarzają – wspaniała suknia Władczyni, krwistoczerwony hiszpański strój Paca.
Reżyserem i autorem choreografii jest Karol Drozd – wszyscy w tym spektaklu tańczą, a ruch sceniczny staje się także narzędziem różnicowania charakterów. Scenografia Katarzyny Gabrat-Szymańskiej oraz reżyseria świateł Dawida Karolaka tworzą spójną, organiczną całość i wzmacniają baśniowy wymiar przedstawienia.

Muzyka nie tylko łagodzi obyczaje – w tej historii topi lód i mrozy. To dzięki muzyce robi się ciepło, to ona uruchamia wspomnienia i buduje wspólnotę. – Chciałem, żeby ta opowieść była jak bajka opowiadana przed snem – spokojna, ciepła i taka, do której chce się wracać – deklaruje w programie Jerzy Wołosiuk, który zadedykował spektakl żonie Ewie i synowi Tomusiowi. Trudno się z tym nie zgodzić: ten zamysł udało się zrealizować w pełni.




