Mozart po raz kolejny okazał się twórcą wyprzedzającym swoją epokę. „Dyrektor teatru” to właściwie teatralny manifest, błyskotliwa opowieść o naturze sztuki, próżności artystów, finansowaniu kultury i nieustannej walce o miejsce na scenie. Wszystkie te problemy Mozart dostrzegł już 240 lat temu. Obecna realizacja, przeniesiona w czasie i rozwinięta o wielu nowych bohaterów, jest twórczym rozwinięciem mozartowskiego pomysłu.
Jakub Przebindowski postanowił przenieść akcję do legendarnego rzymskiego studia Cinecittà, świata Felliniego, producentów filmowych i wielkich gwiazd srebrnego ekranu. To znakomity pomysł, ponieważ filmowa fabryka marzeń okazuje się idealnym odpowiednikiem XVIII-wiecznego teatru – miejsca, gdzie o role walczy się równie zaciekle, a talent nie zawsze wystarcza. W tej rzeczywistości spotykają się aktorzy dramatyczni, śpiewacy operowi, celebryci, producenci i bankierzy. Trwa niekończący się casting, podczas którego liczy się wszystko: nazwisko, pieniądze, wiek, uroda i popularność. Sztuka zderza się z bezwzględnym rynkiem.

Największą wartością adaptacji Przebindowskiego jest to, że nie próbuje dopisywać Mozartowi nowych sensów. Reżyser rozwija jedynie idee obecne w oryginale. W postaci tytułowego dyrektora zawarta jest przecież prawdziwa apoteoza sztuki – człowieka uwikłanego między artystycznym ideałem a brutalnymi realiami produkcji spektaklu. Ze względu na ten wewnętrzny konflikt na myśl przyszedł mi „Dzień świra” – podobnie jak u Koterskiego jest tu obsesyjny dialog z codziennością, ale także dramat twórcy próbującego ocalić swoje ideały w zderzeniu z rzeczywistością.

To właśnie dlatego tak dobrze funkcjonują stworzone przez aktorów dramatycznych postaci. Są one celowo przerysowane, chwilami wręcz karykaturalne, ale dzięki temu stają się wyrazistymi archetypami ludzkich charakterów i postaw. Wojciech Wysocki jako Dyrektor Frank imponuje sceniczną charyzmą. Jest zamyślony, niepokorny, chwilami bezradny wobec świata, który wymaga jednocześnie wielkiej sztuki i finansowego sukcesu. Znakomicie partneruje mu Władysław Grzywna jako Buff – energiczny, zwariowany, ale niezwykle inteligentny asystent, będący prawdziwym motorem całej akcji.
Świetne etiudy stworzyli również Rafał Zawierucha jako Bankier Rinaldi – uwodziciel kochający wszystkie kobiety równie mocno jak kolejne inwestycje – oraz Dorota Kamińska w roli dawnej gwiazdy Alberty Toro. Jej bohaterka to artystka o ogromnej scenicznej charyzmie, która mimo upływu czasu nie zamierza oddać pola młodszym rywalkom. Do tego świata, pozornie spoza artystycznego środowiska, wkracza Alicja Węgorzewska jako Gina Ferrari – właścicielka straganu, który wyrósł do rangi eleganckiego salonu, ale i ona pojawia sie tu w celach promocyjnych. Bardzo naturalnie wypada również Martyna Kliszewska jako Loretta Felli, budując postać pełną autentyczności i scenicznego uroku.

Rozbudowanie libretta sprawia jednak, że spektakl momentami staje się bardziej dramatem niż operą. Dialogów jest sporo, wątków także. Powstaje wielowymiarowa opowieść, choć chwilami można odnieść wrażenie, że publiczność z niecierpliwością czeka przede wszystkim na to, co u Mozarta najcenniejsze – muzykę.
I właśnie wtedy spektakl osiąga najwyższy poziom. Oryginalny „Dyrektor teatru” zawiera zaledwie kilka numerów muzycznych, dlatego twórcy zdecydowali się uzupełnić przedstawienie ariami z innych oper Mozarta. Był to zabieg nie tylko praktyczny, ale przede wszystkim artystycznie uzasadniony. Teresa Marut zachwyca koloraturową dramatycznie arią Aspazji z „Mitridate, re di Ponto”. Jej interpretacja jest pełna napięcia, temperamentu i imponującej swobody technicznej, niekończącego się oddechu i brawury.
Adriana Ferfecka jako Signora Argentina okazuje się jedną z największych gwiazd wieczoru. Jej sopran spinto zachwyca barwą i siłą wyrazu, a aria Hrabiny „Dove sono” z „Wesela Figara” należy do najbardziej wzruszających momentów przedstawienia. Ferfecka imponuje jednak nie tylko wokalnie. To również znakomita aktorka dramatyczna – potrafi budować emocje szeptem, deklamacją, krzykiem i subtelną ironią.

Signor Rosignolo to tenor próbujący zrobić karierę przy wsparciu znacznie zamożniejszej od siebie żony – niegdyś słynnej, dziś już nieco przebrzmiałej artystki. Kreujący tę postać Łukasz Ratajczak mierzył się także z dwiema scenicznymi diwami, a arię koncertową Mozarta „Va, dal furor portata” wykonał z wyraźnym dramatycznym napięciem. Kulminacją spektaklu pozostaje wielka scena rywalizacji śpiewaczek – tercet z udziałem tenora, w którym bohaterki licytują swoje gaże, znaczenie i artystyczną pozycję. Jakub Przebindowski rozegrał tę sekwencję znakomicie. Jest zabawna, błyskotliwa, dynamiczna i niezwykle teatralna. W tych chwilach Mozart wybrzmiewa najpełniej.
Ogromny udział w sukcesie przedstawienia ma również Bastarda Mozart Ensemble pod kierownictwem Tomasza Pokrzywińskiego. Po udanej realizacji „Rzekomej ogrodniczki” artysta ponownie udowodnił, że potrafi znaleźć współczesny język dla Mozarta. Tym razem zadanie było nawet trudniejsze – z niewielkiej ilości materiału muzycznego należało stworzyć pełnowymiarowy spektakl. Udało się znakomicie. Choć zapowiadane wcześniej przeboje muzyki włoskiej (m. in. Marino Marini), w finalnej wersji spektaklu zniknęły.

Zespół tworzą wybitni instrumentaliści: Paweł Szamburski (klarnet), Michał Górczyński (klarnet kontrabasowy), Sebastian Aleksandrowicz (obój), Kayetan Cygański (fagot), Olivia Bujnowicz-Wadowska (skrzypce), Tomasz Pokrzywiński (wiolonczela) oraz Mirosław Feldgebel (fortepian). Ich interpretacje pełne są fantazji, lekkości i muzycznej wyobraźni. Kameralne brzmienie nie ogranicza ekspresji i pozwala wydobyć cały dowcip i elegancję mozartowskiego stylu.
Na uwagę zasługuje również strona plastyczna spektaklu. Scenografia Katarzyny Gabrat-Szymańskiej, choć świadomie surowa i inspirowana przestrzeniami studia filmowego, znakomicie buduje klimat Cinecittà. Z kolei kostiumy Agnieszki Wyrwał to prawdziwe dzieła sztuki – pełne barokowego przepychu, fantazji i teatralnego rozmachu. Zwłaszcza suknie obu operowych diw pozostają na długo w pamięci.

Warszawska Opera Kameralna wystawiając to dzieło, oddaje również piękny hołd ludziom, którzy zapisali się w historii tej instytucji. Warto przypomnieć przede wszystkim Joannę Kulmową, autorkę przekładu będącego przez lata podstawą polskich realizacji, oraz Ryszarda Peryta, który po raz pierwszy wystawił „Dyrektora teatru” w Polsce – w 1977 roku w Słupsku.
Mozart okazuje się zaskakująco aktualny, a jego ironiczne spojrzenie na środowisko artystyczne wciąż pozostaje boleśnie trafne. To inteligentna, pełna humoru i świetnie zagrana wariacja na temat teatru, kina i opery – przede wszystkim jednak piękny hołd złożony Sztuce. Oczywiście trochę z przymrużeniem oka.
Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



