Program tego wieczoru zawierał dzieła wymagające i technicznie, i percepcyjnie – świadectwo wirtuozerii orkiestrowej, poruszającej się po odmiennych przestrzeniach stylistycznych. W każdym z tych utworów Gamzou – razem z dysponującą znakomitym potencjałem Orkiestrą Teatru Wielkiego-Opery Narodowej – odcisnął swoje wyraziste piętno. Pytanie tylko czy jego chimeryczna osobowość nie zanadto wprowadziła zespół w rodzaj niepewności?
Wieczór rozpoczęła Uwertura „Leonora III” Beethovena. Jest to bodaj najbardziej wymagająca uwertura Beethovena, z misterną, niekonwencjonalną strukturą formy sonatowej, z rozmachem przetworzeń, trzecim tematem, powolnie rozwijającą się dramaturgią. Kiedyś znakomicie nagrał ją na płyty „live” Kazimierz Kord z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Narodowej. Pomimo, że Gamzou, nb. ostatni uczeń Carla Marii Giuliniego (z tego samego pnia wywodzi się starszy od Gamzou o kilkanaście lat Yannick Nézet-Séguin), nie stronił od skrajnych przerysowań (bardzo żywiołowo ujęty, w karkołomnie szybkim tempie temat I), ciekawie koncypował dramaturgię, wzmacniając ją świetnym rubatem, momentami wyczekiwań, surowym, znakomicie zbalansowanym, typowo niemieckim brzmieniem, z soczystą barwą drzewa i bardzo dobrą artykulacją smyczków.

Potem usłyszeliśmy „Cztery ostatnie pieśni” (1946-48) Straussa. O tym słynnym utworze trudno się rozpisywać – jest to esencja późnego stylu kompozytora – pełnego, jak to ujął Ernst Krause, „złocistego kolorytu zmierzchu” i swobodnego śpiewu, płynącego od kontemplacji upływającego czasu i upojenia naturą, w stronę pięknego, optymistycznego spojrzenia na moment pożegnania. Nie ma utworu mocniej zakreślającego ów styl ostatni. Niemiecka 45-letnia sopranistka, Julia Kleiter, to artystka doświadczona współpracą z tak wielkimi osobowościami jak Nikolaus Harnoncourt czy Christian Thielemann. Artystka dysponująca świetną artykulacją, wyrazistą barwą, głosem elastycznym, o pięknej barwie. Niestety zarówno współpraca z dyrygentem jak i akustyka Teatru nie pozwoliły, aby jej głos brzmiał swobodnie, zwłaszcza niskie rejestry były zagłuszane zbyt intensywnym brzmieniem orkiestry, ta zaś, pod batutą Gamzou grała niestety mało ekstatycznie, interpretacja sprowadziła się do dobrego balansu. Artystka trudziła się, aby mocno eksponować głoski i frazy – niestety pozostawało to wiele do życzenia.

Finał przypadł na utwór szczególny – charakterystyczną dla wielu dyrygentów kompilację 3 suit z baletu „Romeo i Julia” Siergieja Prokofiewa. Dwie z tych suit Prokofiew zestawił w latach 30. – jeszcze przed momentem prapremiery dzieła, które ze względu na niekonwencjonalny stosunek do metryki i psychologii tancerzy radzieckich – zostało odrzucone przez dwa największe teatry ZSRR i ujrzało światło dzienne dopiero w 1940 roku w Brnie. Trzecią Prokofiew ułożył w 1946 roku. Rzadko dzisiaj gra się suity w całości, w porządku kompozytora. Tak też uczynił Gamzou, wyciągając najważniejsze odcinki, i kończąc rzecz dramatyczną śmiercią Julii, po tym, kiedy obudzona ze snu orientuje się, że Romeo, nie wiedząc, że tylko zapadła w sen, rozstał się z życiem.

Do baletu Prokofiewa Orkiestra Teatru Wielkiego-Opery Narodowej powraca po jakimś czasie – w 2014 roku na scenie Teatru odbyła się premiera dzieła w choreografii Krzysztofa Pastora, balet był grany pod dyrekcją Łukasza Borowicza i Andreya Yurkevycha. Wcześniej triumfy święciła w niej w choreografii Emila Wesołowskiego, pod świetną batutą Tadeusza Wojciechowskiego w latach dziewięćdziesiątych XX wieku (premiera 1996). To muzyka wymagająca, z potopu gęstego, nieco zainfekowanego już socrealizmem brzmienia wyłania się prawdziwy dramat, jednocześnie typowo prokofiewowska lekkość, groteska, kameralne momenty, wreszcie dramatyczna kanwa dzieła. Znów ostatni śpiew romantyzmu.
Niestety w ujęciu Gamzou ta część programu najmniej przekonywała – operował on brzmieniem dość bruitystycznym, tempami bardzo szybkimi, ale również akcentował barbarystyczne odcienie tej muzyki, ostry rytm. Nie było tu typowo prokofiewowskiego upojenia, rozlewnej kantyleny, podskórnie dozowanej ekspresji. Mało było też finezji w kameralnych przebiegach, tak przeszkadzających pierwszym tancerzom baletu. Orkiestra do tego grała za głośno i dość nieprecyzyjnie, jeśli chodzi o piony, balans i przestrzeń.

Ogólnie – wieczór był dość dziwny – dowiódł ogromnej fantazji i dużego potencjału dyrygenta, który momentami jawił się zanadto nieortodoksyjnie, a momentami… po prostu akademicko. Z pewnością wysłuchanie go w modernistycznej, niemieckiej operze na warszawskiej scenie byłoby ciekawym doświadczeniem. Ale czy w balecie? Tu postawmy trzy kropki.




