Okazały i wielkiej urody budynek Opery – zwieńczony ogromną figurą skrzydlatego Pegaza – powstał w 1910 roku jako Stadttheater Posen. Wielkopolska była w zaborze pruskim i w założeniu teatr ten miał służyć propagowaniu kultury niemieckiej, tym bardziej że od 1875 roku działał już prężnie Teatr Polski z dumnym napisem na frontonie: NARÓD SOBIE. Krążyła wieść, że w kamieniu węgielnym nowego teatru umieszczono dokument stwierdzający, że z jego sceny nigdy nie padnie słowo polskie. Ale to tylko legenda, bo dowodów nie ma. Na otwarcie pierwszego sezonu wystawiony został „Czarodziejski flet” Mozarta. Pierwotnym celom służył tylko przez dziewięć sezonów.
W 1918 roku „wybuchła Polska”, Poznań został wyzwolony w zwycięskim Powstaniu Wielkopolskim, a następnie w Traktacie Wersalskim przypieczętowano powrót prawie całego zaboru pruskiego do zjednoczonego państwa polskiego. Już w sierpniu 1919 roku w teatrze zwanym odtąd po prostu Operą albo Teatrem Wielkim wystawiona została „Halka” Moniuszki, inaugurując polską operę. Soliści, chór i dyrygent (Adam Dołżycki) byli oczywiście polscy, ale w orkiestrze grali prawie wyłącznie dotychczasowi muzycy niemieccy.
Sezon 2025/2026, 110. w historii Teatru Wielkiego, bo odliczyć należy czas okupacji hitlerowskiej, kiedy Polacy nie mieli do niego wstępu – w przeciwieństwie do czasów Cesarstwa Niemieckiego Wilhelma II – otworzyła premiera innej opery Moniuszki, „Hrabiny”. Muzycznie nie ustępuje ona dwóm pozostałym arcydziełom twórcy polskiej opery narodowej, a jej libretto przypomina „Straszny dwór” nie w sensie przebiegu akcji oczywiście, ale w nawiązaniu do staropolskiego obyczaju, tyle że w czasach Księstwa Warszawskiego, a więc mniej więcej 100 lat później.

Reżyserka Karolina Sofulak stworzyła własną, bardzo autorską i dla niektórych obrazoburczą inscenizację tak, jak to dzisiaj jest normą na wielkich światowych scenach operowych, dodając nawet od siebie podtytuł: „Sen Niepodległej Pol(s)ki”. Od mniej więcej początku XXI wieku twórcy inscenizacji uważają się bowiem za autorów równorzędnych kompozytorom i librecistom i – co ważniejsze – są tak przez dyrekcje teatrów operowych traktowani. Można to kwestionować, ale tak po prostu jest. Ja mam co do tej praktyki wątpliwości. Uważam, że reżyser nie ma prawa zanadto ingerować w libretto, a już na pewno w żadnym razie w muzykę, która jest w operze świętością.
Karolina Sofulak tej świętości nie naruszyła. W jej inscenizacji jest natomiast bardzo odbiegająca od libretta kobieca, żeby nie powiedzieć feministyczna wizja problemu centralnego w „Hrabinie”, jakim jest zderzenie tradycji – co nieco już zmurszałej, chociaż budzącej nostalgię – z nowoczesnością. Ta ostatnia jest z natury rzeczy w dzisiejszym zglobalizowanym świecie „kosmopolityczna”, a wiec dla części publiki drażniąca tak w teatrze jak w całym życiu społecznym. Na szczęście autorka całkowicie zrezygnowała z mówionych dialogów napisanych przez librecistę, anachronicznych dzisiaj i rażących pompatycznym zadęciem. Akcję można bez trudu śledzić dzięki sekwencji szybko zmieniających się obrazów, niemal jak w kinie. A muzyka Moniuszki, nie obciążona balastem recytowanych – w dodatku często naiwnie rymowanych – tekstów, zyskuje dodatkowy walor, dowodzi swej świeżości i zdolności kompozytora do posługiwania się sztuką kontrastu przez zderzenie numerów czysto komediowych z lirycznymi.

Wśród śpiewaków wyróżniał się bogato brzmiącym tenorem Łukasz Załęski w partii Kazimierza. Tytułowa postać w interpretacji Aleksandry Orłowskiej była pełna temperamentu. Jej atrakcyjny liryczny sopran brzmiał przeważnie znakomicie z wyjątkiem może najsłynniejszej, dramatycznej arii „Zbudzić się z ułudnych snów”, w której przyzwyczajeni jesteśmy do większego wolumenu. Bardzo dobre wrażenie wywarła na mnie Magdalena Pluta w partii Broni, urzekająca miłą barwą krągłego głosu. Dyrygowała z wdziękiem i werwą Katarzyna Tomala-Jedynak.

Cały sezon poświęcony jest operze polskiej. Jesienią mieliśmy zatem koncertowe wykonanie „Króla Rogera” Szymanowskiego. To było przeżycie najwyższego rzędu. Orkiestra Teatru Wielkiego grała olśniewająco pięknie, czarując barwami i precyzją. Jacek Kaspszyk za pulpitem dyrygenckim dowiódł raz jeszcze, że jest z pewnością największym interpretatorem muzyki tej opery w historii (odsyłam
do genialnego nagrania firmy Universal wydanego w 2003 roku z Wojciechem Drabowiczem w partii tytułowej). Rewelacyjny był jak zawsze chór kierowany przez Mariusza Otto.

No i soliści! Młody Szymon Mechliński, obdarzony soczystym i dźwięcznym „barytonem verdiowskim”, w partii Rogera zachwycał nie tylko przepysznym frazowaniem ale i głębią emocji. Ciepły i srebrzyście lśniący sopran Rusłany Kowal to balsam dla uszu. Pieśń Roksany zabrzmiała wręcz upajająco dzięki niewiarygodnie płynnym frazom legato. Cała partia wykonana została tak, jakby ktoś przesuwał przed naszymi oczami sznur pereł. Andrzej Lampert ze swoim zmysłowym, włosko brzmiącym tenorem był idealnym Pasterzem. W jego śpiewie czuło się wręcz żar słońca Sycylii. Mniejsze partie też obsadzone zostały luksusowo: Anna Lubańska (Diakonissa), Piotr Kalina (Edrisi i Solo tenorowe), Rafał Korpik (Archireios), Monika Mych-Nowicka (Solo sopranowe).

Nic dziwnego, że następujący po dwóch koncertach w macierzystym teatrze gościnny występ w Filharmonii Berlińskiej przyniósł poznańskiemu zespołowi wspaniały sukces, nie pierwszy zresztą z muzyką polską na tamtej estradzie.
Kolejnym wydarzeniem w skali polskiej, a raczej światowej, było prawykonanie opery Elżbiety Sikory „Dorian Gray” z librettem oraz w inscenizacji Davida Pountneya na motywach powieści Oscara Wilde’a.

Nie śmiem oceniać muzyki wielkiej kompozytorki, oceni ją historia. Mogę tylko napisać o własnych, bardzo osobistych wrażeniach. Z pewnością urzekła mnie niepowtarzalna aura dźwiękowa partii orkiestrowej. Co do śpiewu… no cóż – jestem miłośnikiem kantyleny i śpiewność jest dla mnie fundamentalną cechą konstytutywną opery jako sztuki. A tej śpiewności nie było tutaj – jak zresztą w każdej prawie operze współczesnej. Słuchając śpiewaków podziwiałem ich kunszt, chociaż odnosiłem wrażenie, że męczą się nieco. Z pewnością jednak znacznie mniej niż ja.

Pozwolę sobie przytoczyć anegdotę. Zaraz po przedstawieniu w gronie znajomych melomanów zapytany zostałem oczywiście o ocenę muzyki. Zawahałem się z odpowiedzią, aż ktoś mnie wyręczył oświadczając: „Ja jednak wolę Moniuszkę”. Odpowiedziałem: „A ja Mozarta, Verdiego, Pucciniego, Wagnera… Ale bądźmy ostrożni w sądach”. I dodałem inną anegdotę. Otóż przeczytałem jeszcze jako nastolatek w biografii Pucciniego pióra bodajże Wiarosława Sandelewskiego, że gdy Giacomo Puccini zapoznał się z „Elektrą” Richarda Straussa, miał powiedzieć zniesmaczony: „No, „Salome” to jeszcze mogę znieść, ale to nowe dzieło mojego niemieckiego kolegi to istna insalata russa (dosłownie i ironicznie po włosku: rosyjska sałatka, czego polskim odpowiednikiem byłby groch z kapustą). Historia przyznała jednak rację Straussowi, a jego „Elektrze” laur jednego z monumentów opery XX wieku.

Dyrygował mistrzowsko Jacek Kaspszyk. W głównych rolach wystąpili: Rafał Żurek (Dorian Gray), Michał Partyka (Basil), Joanna Freszel (Sybil), Łukasz Konieczny (James), Gosha Kowalinska (La Grise).
David Pountney z natury rzeczy uprościł intrygę Wilde’a przystosowując ją do ram, jakie narzuca gatunek operowy. Ukazał rzecz współcześnie, zderzając świat rzeczywisty ze światem cyfrowym i skupiając się na destrukcyjnej roli social mediów. Spektakl od strony teatralnej i wizualnej (efektowne projekcje) był bardzo wciągający, a nawet poruszający.

Cofnę się jeszcze nieco w czasie, aby wspomnieć wystawiony pod koniec ubiegłego sezonu, w czerwcu 2025 roku, balet Roberta Bondary do niezwykle barwnego collage’u muzycznego, w którym następuje zderzenie różnych gatunków zarówno muzyki klasycznej jak (przeważnie) popularnej. To uwspółcześniona wersja „Romea i Julii”, dziejąca się gdzieś w kraju, w którym żyją dwie odrębne i nienawidzące się społeczności oddzielone murem (Palestyna, ale niekoniecznie).
Nie pamiętam kiedy przeżyłem coś równie pięknego i wzruszającego czy to w operze, w teatrze, w kinie, czy oglądając spektakl baletowy. Bogactwo języka choreograficznego, brawurowe popisy tancerzy, ich poruszająca i absolutnie wiarygodna o b e c n o ś ć jako żywych, prawdziwych i bliskich nam postaci, muzyka trafnie dobrana do rozgrywających się w szybkim tempie wydarzeń – wszystko razem powodowało, że liczyło się tylko to, co na scenie, jakby realny świat wokół nas nie istniał, bo przeniósł się właśnie tam, a my wraz z nim.

Bohaterowie tego przedstawienia, wszyscy rewelacyjni to: Chiara Ruaro (Julia), Mateusz Sierant (Romeo), Takatoshi Machiyama (Merkucjo), Alan Nascimento (Benvoglio), Alexandre Sellani (Tybalt), Kseniya Rzheuskaya (Matka Julii), Giorgio Tinari (Laurenty), Anita Crema i YukinoTamai (Przyjaciólki Julii), ArtsiomBankouski (Parys), Diana Cristescu (Rosalinda), Andrzej Płatek (Ojciec Julii), Karolina Sierant (Niania Julii) i cały Balet Teatru Wielkiego w Poznaniu.
Na zakończenie sezonu operowego 2025/2026 czeka nas jeszcze premiera „Króla Rogera” Karola Szymanowskiego w wersji scenicznej. Czekam z ogromnym zaciekawieniem.

