– Któż, kto choć raz słyszał śpiewaczkę jako Rozynę w „Cyruliku sewilskim”, może zapomnieć ten wieczór? Lipińską trzeba zobaczyć i usłyszeć – wtedy zrozumie się, na czym polega artyzm w teatrze operowym – pisał w artykule „Artyzm sercem tworzony” w latach 70. w „Życiu Warszawy” Wojciech Zaborowski. W 1971 roku Józef Kański w „Trybunie” pisał o niej, że rola Rozyny jest najświetniejszym (dotychczas) osiągnięciem tej utalentowanej śpiewaczki.
Pola Lipińska w latach 60., 70, i 80 była jedną z najjaśniejszych gwiazd Opery Warszawskiej. Na przestrzeni swojej długiej kariery śpiewała między innymi Amneris w „Aidzie”, Marynę w „Borysie Godunowie”, Eboli w „Don Carlosie”, Rozynę w „Cyruliku sewilskim”, Cherubina w „Weselu Figara”, Judytę w „Zamku Sinobrodego”, Jadwigę w „Strasznym dworze”, Carmen, Wenus w „Tannhäuserze”, Olgę w „Eugeniuszu Onieginie” oraz Jasia w „Jasiu i Małgosi”. Urszula Trawińska-Moroz, z którą Pola Lipińska występowała w kilku produkcjach opisała ich przyjaźń w swoich wspomnieniach „Dobre duchy z zamku Ravenswood”.

Wystąpiła również u boku Krystyny Szczepańskiej i Krystyny Jamroz w polskiej prapremierze „Konsula” Gian Carlo Menottiego, gdzie była bezduszną Sekretarką. W operze telewizyjnej Marty Ptaszyńskiej „Oskar z Alwy” wykonywała rolę tytułową, kreowała też Brangenę w słynnym koncertowym „Tristanie i Izoldzie” w Filharmonii Narodowej na początku lat 80.
Występowała na scenach operowych w kraju i za granicą, otrzymała stypendium Akademii Muzycznej w Los Angeles, z propozycji występów w Waszyngtonie i Dallas jednak nie skorzystała, wróciła do Teatru Wielkiego w Warszawie. Na tej scenie pojawiła się ponad 700 razy, a pożegnała się z nią tytułową partią Amadysa w „Amadigi di Gaula” Georga Friedricha Händla w 1987 roku.
Początkowo studiowała grę na fortepianie i planowała być pianistką. Kontuzja dłoni uniemożliwiła realizację tych planów i młoda artystka postanowiła szkolić swój głos. Zadebiutowała na scenie Opery Warszawskiej (jeszcze w Romie) w małej roli Inez w „Trubadurze”, zaangażowana przez ówczesnego dyrektora, Bohdana Wodiczkę. Wodiczko chętnie angażował młodych śpiewaków, dając im na początek, na oswojenie się ze sceną, małe role. Ale prawdziwy wielki debiut Poli Lipińskiej nastąpił bardzo szybko – była to Amneris (śpiewaczka była wtedy na III roku studiów).

W swoim repertuarze posiadała również wszystkie większe mezzosopranowe i altowe pozycje z repertuaru oratoryjnego, od Bacha, Vivaldiego, Mozarta, Beethovena przez dzieła Mahlera, Liszta i Szymanowskiego aż do muzyki współczesnej (Strawiński, Penderecki, Perkowski, Bargielski). Śpiewała partie altowe i mezzosopranowe w takich dziełach jak: „Requiem” G. Verdiego, „Stabat mater„ A. Vivaldiego, G. Rossiniego i G. Pergolesiego. Wykonywała również bogaty repertuar pieśniarski. Jako śpiewaczka koncertowa współpracowała z większością polskich filharmonii.

Nigdy nie słyszałem Poli Lipińskiej na scenie Teatru Wielkiego. W końcu lat 80., kiedy zacząłem interesować się operą, śpiewaczka nie była już solistką Teatru Wielkiego, odeszła z zespołu TW w pełni swoich możliwości w 1987 roku. Słyszałem natomiast wiele występów solowych śpiewaczki. Pamiętam swoje zdziwienie, gdy przypadkowo trafiłem na koncert arii starowłoskich i barokowych w Łazienkach, które wykonywała nieznana mi wówczas Pola Lipińska. Było to wykonanie olśniewające.
I pamiętam też swoje oburzenie, gdy za czasów dyrektorowania Sławomira Pietrasa zdjęto z foyer Teatru Wielkiego w Warszawie kilka zdjęć artystów szczególnie zasłużonych dla tej sceny (między innymi Lipińskiej), zastępując zdjęciami nowych gwiazd. Do tej pory usunięte portrety nie wróciły na swoje miejsce.
Miała w sobie magnetyczną siłę oddziaływania, a każdy kontakt z tą artystką był ogromnym przeżyciem. Miałem zaszczyt znać ją osobiście, dzięki niesamowitemu rodzinnemu zbiegowi okoliczności. Moja ukochana ciocia Marysia poznała Polę Lipińską w sanatorium w Konstancinie w latach 80. i nawiązała z nią ogromną przyjaźń. Od tamtej pory przez wiele lat były w kontakcie, pisały do siebie listy, odwiedzały się, jeśli było to możliwe.

Pola Lipińska prowadziła też działalność pedagogiczną. W latach 1991–2001 uczyła śpiewu w Szkole Muzycznej im. Józefa Elsnera w Warszawie. Potem wyszła za mąż i wycofała się z życia artystycznego, ciesząc się pełnią życia rodzinnego, myślę, że była bardzo szczęśliwa. Ale wtedy straciłem z nią kontakt.

Na szczęście jest kilka rejestracji jej wielkiej sztuki wokalnej. Polskie Nagrania wydały na CD płytę „Pola Lipińska. Opera Recital”, zamieszczono na niej kilkanaście arii operowych. Mamy więc Carmen (m.in. wspaniała aria z kartami po polsku, we wspaniałym tłumaczeniu), Eboli, Ulrykę, Azucenę, Rozynę, Santuzzą, a także rzadziej wykonywaną arię Charlotty z „Wertera” oraz Joanny z „Dziewicy orleańskiej”. Lipińska śpiewa ciemnym, mocnym głosem, dramatycznym, ale gdy trzeba ruchliwym i elastycznym, mój podziw budzi wspaniała interpretacja i cudowne, aksamitne doły. Szkoda, że artystka nie utrwaliła innych swoich kreacji.

A w 1976 roku pojawiła się w jednym z odcinków „Operowe qui pro quo” Bogusława Kaczyńskiego. Fragmenty dzieła Stanisława Moniuszki, pt. „Bardzo straszny dwór” reżyserowali Maria Fołtyn i Tadeusz Piotrowski, udział w tej produkcji oprócz Poli Lipińskiej wzięli Andrzej Hiolski (Miecznik), Bogdan Paprocki (Stefan), Ryszard Krawucki (Zbigniew, wykorzystano nagrania Edmunda Kossowskiego), Bernard Ładysz (Skołuba), Bożena Betley (Hanna) i Bożena Brun-Barańska (Cześnikowa). Wystąpiła też Beata Artemska (jako Straszydło Brunhilda), film realizowano w Rogalinie i Srebrnej Górze.



