Danuta Grochowska: Rozmawiamy tuż po Twoim – nie waham się powiedzieć – spektakularnym występie w partii tytułowej w „Lohengrinie” w operze w Budapeszcie. Kiedy zobaczyłam w obsadzie polsko brzmiące nazwisko pomyślałam: „Dlaczego jeszcze go nie znam?”. Opowiedz proszę o swoich polskich korzeniach. Czy miały wpływ na to, kim jesteś jako śpiewak?
Christopher Sokolowski: Co ciekawe, moje nazwisko często sprawia, że ludzie automatycznie zakładają, iż mam bezpośrednie polskie pochodzenie, ale historia mojej rodziny jest nieco bardziej złożona. Moi pradziadkowie ze strony ojca urodzili się pod koniec XIX wieku na terenach dzisiejszej Litwy i Słowacji, ale ponieważ regiony te od dawna mają silne związki z Polską, świat polskiej muzyki wydaje mi się niezwykle znajomy. Czuję pewną więź wynikającą z tego szerszego krajobrazu kulturowego. A gdy zaczynam przygotowywać swoją pierwszą polską rolę — Pasterza w „Królu Rogerze” Szymanowskiego — wcale nie dziwi mnie, że zarówno muzyka, jak i język bardzo naturalnie „wchodzą” w moje ciało i umysł. Jest w tym coś zaskakująco znajomego.

Czy były momenty, w których czułeś, że ta część Twojej tożsamości prowadzi Cię artystycznie w określonym kierunku?
Zupełnie naturalnie odnajduję się w poezji i muzyce tego regionu. Wszechobecny mistycyzm kompozytorów takich jak Szymanowski, Moniuszko, czy Karłowicz oraz poetycki egzystencjalizm, który ich inspirował, od razu do mnie przemawia. Wielu ludzi mówiło mi, że w moim głosie słychać jakiś wschodnioeuropejski czy słowiański koloryt — ciemność i intensywność barwy — i myślę, że była to zawsze moja cecha charakterystyczna, także w technice, którą rozwijałem przez ostatnie lata. Ta jakość bez wątpienia ukształtowała miejsce, w którym dziś się artystycznie znajduję.

Wkrótce zaśpiewasz Pasterza w „Królu Rogerze” w Stanach Zjednoczonych. Czy masz w repertuarze inne polskie utwory?
Pasterz będzie moim pierwszym dużym projektem w polskim repertuarze, ale spędzam teraz sporo czasu nad polską literaturą pieśniarską, by włączyć ją do przyszłych recitali. Wyobrażam sobie, że stanie się ona ważnym elementem mojego programu recitalowego, ponieważ zawiera wiele aspektów, które znajdują się w samym rdzeniu mojego artystycznego języka.

Co jest dla Ciebie największym wyzwaniem podczas wykonywania Szymanowskiego?
Być może za wcześnie, by to przesądzać, ale przypuszczam, że największym wyzwaniem okaże się odkrywanie głębokich, złożonych warstw psychologicznych tej historii. Pasterz to postać niejednoznaczna, enigmatyczna, i jestem ciekaw, co można z niej wydobyć. Myślę, że za każdym razem, gdy będę kreował tę rolę (a już w następnym sezonie zaśpiewam ją ponownie w Niemczech), Pasterz przybierze zupełnie nową formę. Jego tożsamość wydaje się zdefiniowana przez nieuchwytność — to cecha rzadko spotykana w operze.

Wróćmy na chwilę do Richarda Wagnera. Twoja droga do twórczości tego kompozytora była dość nietypowa. Wcześniej śpiewałeś głównie repertuar lżejszy, kojarzony z tenorami lirycznymi. Kiedy zdałeś sobie sprawę, że Wagner jest właściwym wyborem dla Twojego głosu?
Przez większość wczesnej kariery — aż do trzydziestki — próbowałem podążać ścieżką uznawaną za właściwą dla młodych tenorów: barok, Mozart, muzyka włoska z początku XIX wieku. Choć bardzo lubiłem ten repertuar (zwłaszcza wczesny włoski barok, który wciąż mnie inspiruje), czułem, że z nim nie rosnę. Wokalnie tkwiłem w miejscu i ciągle miałem poczucie, że próbuję dopasować się do repertuaru, zamiast swobodnie się w nim otwierać. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że pewnego dnia będę śpiewał pierwszoplanowe role dramatyczne — a już na pewno nie, że odnajdę w nich taką naturalność. Patrząc wstecz, widzę, że przez lata pracowałem wbrew sobie. Przy repertuarze bardziej dramatycznym wszystko się otwiera, mogę wreszcie odpuścić. Śpiewanie stało się o wiele mniej stresujące. Żartuję nawet, że wreszcie rozumiem, co ludzie mają na myśli, mówiąc, że śpiewanie jest przyjemnością!

Jakie inne partie dla Heldentenora znajdują się na Twojej liście wymarzonych — takie, które chciałbyś zaśpiewać w przyszłości?
Jest wiele ról, o których marzę, ale zawsze pociąga mnie przede wszystkim opowieść. Nie muszę widzieć siebie w bohaterze, ale muszę czuć, że jest w nim przestrzeń na mój artystyczny temperament i mój sposób myślenia o scenie. Największą satysfakcję daje mi, gdy mogę pokazać, że postać pozornie heroiczna ma w sobie kruchość, ludzką słabość, że potrafi stać się „mała”. Bachus, na przykład, ma ogromny potencjał niepewności i delikatności — bardzo chciałbym to zbadać. Głęboko porusza mnie też trauma Florestana w „Fideliu”. Oczywiście są też wielkie role, jak Tristan czy Tannhäuser, ale na nie przyjdzie odpowiedni czas. Poza repertuarem niemieckim pociągają mnie dramatyczne opowieści z takich dzieł jak „Dama pikowa”, „Pajace”, „Otello”, „Niziny”, „Peter Grimes”… jest tak wiele fascynujących kierunków.

Opowiedz nam o swoich planach na najbliższe sezony. Gdzie możemy usłyszeć Cię w najbliższym czasie?
W tym sezonie, po koncertach w Lyonie i St. Gallen, pojadę do Walencji, by zaśpiewać swojego pierwszego Narrabotha w „Salome” w Palau de les Arts, a następnie „Króla Rogera” w Stanach Zjednoczonych. Kolejny sezon również zacznie się w USA — od mojego debiutu na zachodnim wybrzeżu — a potem poprowadzi mnie do Belgii i kilku teatrów w Niemczech. W planach są także recitale w różnych częściach Europy. Zapraszam wszystkich do śledzenia mnie na Instagramie lub zaglądania na moją stronę internetową — tam pojawiają się aktualności, gdy tylko mogę je ujawnić!




