Tomasz Pasternak: Już sama nazwa wydarzenia, „Trzy Żywioły” brzmi intrygująco. Jak powstał pomysł, by w ten sposób połączyć śpiew operowy z muzyką rockową?
Tomasz Janczak: Pomysł ma już ponad dziesięć lat, a narodził się w czasie, gdy byłem dyrektorem artystycznym Filharmonii Sudeckiej. Pewnego dnia pomyślałem, że warto byłoby zaprosić na jedną scenę artystów, których – choć wywodzą się z różnych światów muzycznych – łączy niezwykła osobowość, charyzma i autentyczność.
Z Aleksandrą Kurzak znam się od lat, jeszcze sprzed jej międzynarodowej kariery, podobnie jak z jej rodzicami. Krzysztofa Cugowskiego poznałem wcześniej, gdy kierowałem Teatrem Muzycznym w Lublinie i zaprosiłem go do współpracy. To były relacje zbudowane na zaufaniu, a to w sztuce bywa kluczowe. Tak narodził się projekt „Dwa żywioły” – spotkanie opery i rocka w symfonicznym anturażu.

Ten pierwszy projekt w 2015 roku okazał się sukcesem. Co było w nim tak szczególnego?
Przede wszystkim prawda i autentyczność. Aleksandra Kurzak – wybitna śpiewaczka operowa – pozostała sobą, podobnie jak Krzysztof Cugowski, ikona polskiego rocka. Nie próbowali się upodabniać do siebie, nie było tu udawania. A jednak okazało się, że ich głosy znakomicie się uzupełniają.
Legendarny polski wokalista zmierzył się operą.
Pamiętam, jak wielkim odkryciem dla wielu słuchaczy było to, że Krzysztof – kojarzony z rockową ekspresją – znakomicie radzi sobie w repertuarze, który dla niejednego tenora bywa wyzwaniem. To było spotkanie dwóch światów, ale bez konfliktu – raczej w duchu ciekawości i wzajemnego szacunku.

Krąży anegdota z udziałem Roberta Alagni, męża Aleksandry Kurzak…
To prawda i bardzo ją lubię. Podczas jednej z pierwszych prób w Filharmonii Sudeckiej na widowni siedział Roberto Alagna. Nie znał wcześniej Krzysztofa Cugowskiego, nie orientował się w polskiej scenie rockowej. Słuchał duetu „Usta milczą, dusza śpiewa” i z każdą minutą jego zdumienie rosło. W kulminacji, gdy oboje zakończyli utwór wysokimi dźwiękami – Krzysztof dodał nawet wysokie h – Roberto dosłownie oniemiał. Wyciągnął telefon i zaczął nagrywać, a potem tylko spojrzał na mnie z miną mówiącą wszystko. To był moment, w którym wiedziałem, że to połączenie ma ogromny sens.
I wtedy pojawiła się myśl o rozwinięciu projektu?
Tak. Z czasem pomyślałem, że warto wrócić do tej idei, ale wzbogacić ją o kolejny, niezwykle silny żywioł – osobowość o światowym formacie. W ten sposób narodziła się koncepcja „Trzech żywiołów”. To już nie tylko spotkanie dwóch artystów, ale dialog trzech potężnych indywidualności. Roberto Alagna to artysta wszechstronny, u nas w Polsce znany, tak jak na całym świecie, jako wspaniały operowy tenor. Ale we Francji funkcjonuje jako artysta uniwersalny, często flirtujący z muzyka rozrywkową, często pojawia się w telewizji w lżejszym repertuarze, nie tylko jako śpiewak operowy.

Czy trudno było namówić artystów do wyjścia poza własną strefę komfortu?
Dziesięć lat temu rzeczywiście nie było to proste. Artyści na tym poziomie są bardzo świadomi swojej drogi, swojego repertuaru i swojej publiczności. Ale mam ogromną satysfakcję, że zarówno Aleksandra, jak i Krzysztof mi zaufali. Starałem się ich przekonać, że nie chodzi o rewolucję czy zaprzeczanie sobie, lecz o poszerzenie pola działania. O spotkanie z inną energią, innym językiem muzycznym. I rzeczywiście – ta współpraca okazała się nie tylko sukcesem artystycznym, ale też ogromną przyjemnością dla samych wykonawców.
Jakiej muzyki możemy się spodziewać podczas koncertu? Czy da się ją jednoznacznie sklasyfikować?
To będzie połączenie opery, rocka i muzyki filmowej, ale wspólnym mianownikiem pozostanie symfonika. Każdy utwór otrzyma nową, specjalnie przygotowaną aranżację na orkiestrę symfoniczną. Szczególnie ważne jest to w przypadku repertuaru Krzysztofa Cugowskiego. Jego legendarne utwory – takie jak „Cień wielkiej góry” czy „Martwe morze” – zabrzmią bez klasycznej sekcji rytmicznej. Cała energia, rytm i dramaturgia zostaną przeniesione do orkiestry. To zupełnie inne, świeże spojrzenie na doskonale znany repertuar.

Planowane koncerty – we Wrocławiu i w Lublinie – mają być czymś więcej niż zwykłym recitalem.
To ma być pełnokrwiste widowisko, w którym muzyka, obraz i emocja tworzą spójną całość. Warstwa wizualna będzie bardzo ważnym elementem. Za wizualizacje odpowiada Andrzej Sokół – artysta i kreator, który tworzy obrazy z wykorzystaniem narzędzi AI. Nie są to jednak zwykłe animacje czy ilustracje. To będzie artystyczna narracja wizualna. Na ogromnym, stumetrowym ekranie LED pojawią się obrazy przygotowane specjalnie do każdego utworu. Ich zadaniem nie jest dominować, lecz pogłębiać odbiór muzyki, tworzyć atmosferę, wprowadzać widza w określony stan emocjonalny. Ekran LEDowy będzie miał 100 m2. Będzie to właściwie pierwsze na świecie komercyjno- artystyczne wykorzystanie w tak dużej formie obrazów stworzonych przy pomocy Sztucznej Inteligencji.
Czy przy takim rozmachu nie ma ryzyka, że muzyka zginie w tym widowisku?
To jedno z najważniejszych pytań, jakie sobie stawiamy. Dlatego od początku zakładamy, że obraz ma służyć muzyce, a nie odwrotnie. Wizualizacje nie mogą rozpraszać – mają pomagać w skupieniu, w przeżywaniu.

To niczym „jedność sztuk” z założenia Ryszarda Wagnera.
Tak, Wagner mówił o muzyce, która maluje obrazy, i o obrazie, który wyrasta z dźwięku. Oczywiście Wagner jest niedościgniony, ale ta myśl wciąż pozostaje aktualna i bardzo inspirująca.
Ma Pan ogromne doświadczenie w realizacji dużych projektów. Skąd ta potrzeba tworzenia takich wydarzeń?
Zawsze czułem się przede wszystkim artystą. Dyrektorem się bywa – artystą się jest albo nie jest. Scena jest dla mnie przestrzenią naturalną, nawet jeśli dziś częściej stoję obok niej, jako realizator czy organizator. Największą satysfakcję daje mi moment, w którym pomysł – jeszcze niedawno istniejący tylko w głowie – zaczyna żyć własnym życiem. Gdy widzę reakcje publiczności, czuję, że to wszystko ma sens.

Czy traktuje Pan te projekty także jako pewnego rodzaju misję?
Zdecydowanie tak. Zwłaszcza w mniejszych ośrodkach dostęp do opery czy dużych spektakli muzycznych bywa ograniczony. Jeśli dzięki takim wydarzeniom choć kilka osób po raz pierwszy zetknie się z tym światem i poczuje, że chce do niego wracać – to jest ogromny sukces.
Nie chodzi o to, by wszystkich „nawracać” na operę, ale by pokazać, że to sztuka żywa, emocjonalna i dostępna. Że może poruszać także tych, którzy na co dzień słuchają zupełnie innej muzyki.

Na koniec – o czym Pan dziś marzy?
Marzę o tym, by wciąż mieć możliwość realizacji. Pomysłów mi nie brakuje, energii też jeszcze trochę jest. Najważniejsze jest jednak to, by znajdowali się ludzie, instytucje i przestrzenie, które pozwalają te idee wcielać w życie. Dopóki mogę tworzyć i widzę, że to, co robię, porusza innych – dopóty czuję, że jestem na właściwym miejscu.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Ja też dziękuję i zapraszam na „Trzy żywioły” – 26 lutego 2026 roku w Hali Globus w Lublinie i 28 lutego 2026 roku w Hali Stulecia we Wrocławiu.





