Kiedy w piątkowy wieczór zegar wybił godzinę 20:15, współczesna Warszawa przemieniła się na oczach widzów Centralnego Placu Muzyki w starą – tą sprzed niemalże stu lat, gdzie rozgrywają się pierwsze sceny „Pilotów” reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego. Widownia miała niepowtarzalną okazję obejrzeć koncertową wersję musicalu, którego premiera odbyła się w 2017 roku, a z desek Romy zszedł w 2019. Oryginalna obsada, orkiestra na żywo, piosenka spoza ostatecznej wersji libretta – to wszystko przyciągnęło na przedstawienie tłumy pomimo panujących upałów. Słuchacze, którzy nie oglądali musicalu w teatrze mieli wyjątkową szansę doświadczenia go na żywo, a wieloletni fani z pewnością powrócili z dobrymi wspomnieniami i wysokimi oczekiwaniami. Czy udało się im sprostać tego wyjątkowego wieczoru na Centralnym Placu Muzyki? Widzowie nie mogli być rozczarowani.

Od strony muzycznej przedstawienie odznaczało się efektownymi nawiązaniami do różnych epok, zarówno tych dawno minionych, jak i bliższych współczesności. Orkiestra płynnie poruszała się pomiędzy stylistyką jazzu orleańskiego i swingu – charakterystycznych dla lat 30. i 40. – a hip-hopem czy iście Disneyowskimi harmoniami instrumentalnymi. Melodie przewodnie musicalu przywodziły na myśl stare piosenki, wygrywane na katarynkach we wczesnym XX wieku ku uciesze przechodniów. Zarazem panowała między nimi różnorodność, dzięki której nie sposób było się zmęczyć formatem, w którym piosenki napływały jedna po drugiej. Kompozytorzy (Jakub i Dawid Lubowicz) wykazali się więc znajomością wielu idiomów muzycznych, które efektywnie wpletli w musical, a także pomysłowością. Szczególnie ciekawe były momenty, w których na zasadzie kontrastu do stylistyki wczesnego XX wieku, zaskakiwała słuchacza instrumentacja. Tak było na przykład gdy syntezatory odwzorowywały dźwięki szpitalnej aparatury lub funkcjonowały jako satyra funkcjonująca w warstwie muzycznej. Usłyszeć ją można było, kiedy na scenie karykaturalni przywódcy hegemonów omawiali przyszłość powojennego świata. Rozbrzmiewały elektroniczne, „kosmiczne” wręcz barwy. Ten utwór był szczególną gratką dla widzów Centralnego Placu Muzyki – nie został umieszczony w ostatecznej wersji przedstawienia, była to więc niecodzienna okazja na usłyszenie piosenki. Zachęcam czytelników ORFEO do samodzielnego zapoznania się z materiałem „Pilotów” i zabawy w wychwytywanie podobnych wyjątkowych momentów muzycznych.

Teksty piosenek Michała Wojnarowskiego momentami pozostawiały trochę do życzenia, choć w ogólności oceniam je pozytywnie. Zdecydowanie udane były sceny humorystyczne, gdzie słuchaczy zabawiały ciekawe gry słowne, bystre rymy, aluzje, dwuznaczności. Piosenki miłosne natomiast zawierały w sobie banalnie niekiedy paralele do tematyki musicalu, nawiązując niejednokrotnie do latania czy nieba. Choć zrozumiałe jest takie połączenie, mimo wszystko powodowało uczucie przesycenia, a nawet ryzykowało spłycenie trudnej tematyki, jaką musical podejmuje. Podobnie było w przypadku samego libretta (Wojciech Kępczyński). Szczególnie przyjaźń tytułowych pilotów i ich brawura sprawiały wrażenie, jakby musical starał się wykreować z opowieści o dzielnych Polakach pewien rodzaj bajki, zapomniawszy o okrutnej rzeczywistości wojny. Historia mimo wszystko była płynna. Choć można było zgubić się w śledzeniu jej przez brak dialogów, to znawcy oryginalnej wersji musicalu z pewnością nie mieli z tym problemu.

Fani „Pilotów” tłumnie przybyli obejrzeć powrót oryginalnej obsady do ich ról nie mogli być zawiedzeni. Zarówno śpiew jak i gra aktorska były na wysokim poziomie, momentami sama byłam wprawiona w zdumienie czy zachwyt. Aktorzy bogato zdobili melodie różnymi rodzajami ekspresji, pozwalali emocjom przemawiać przez piosenki. Moim zdecydowanym faworytem był Prezes, w którego wcielał się Jan Bzdawka. Choć nie pojawiał się na scenie tak często jak główni bohaterowie, jego wspaniałe połączenie gry aktorskiej i śpiewu sprawiało wielką przyjemność. Gorąco zachęcam do obejrzenia go na żywo w jakiejkolwiek roli.

Publiczność zachwyciła oczywiście Natalia Krakowiak, wcielająca się w główną bohaterkę – Ninę. Olśniewała jako śpiewaczka kabaretowa w pełnych ferworu scenach, ale także jako zakochana Warszawianka, stęskniona do ukochanego, pozbawiona już swych cekinów i piór. Na koniec cała obsada „Pilotów” została obdarowana gromkimi brawami, które po krótce przemieniły się w owacje na stojąco. Aktorzy odwdzięczyli się widowni Centralnego Placu Muzyki bisem śpiewanym tutti, nawiązali z widownią szczególny kontakt. Jedni do drugich machali i uśmiechali się, widzowie tańczyli nawet do ostatnich dźwięków muzyki. Dla wielu musiał to być wieczór, który na długo jeszcze pozostanie w pamięci i tak samo będzie także ze mną. Pozostaje tylko głód oryginalniej, nieokrojonej wersji musicalu.

Tekst powstał w ramach projektu „Młodzi krytycy ORFEO”, realizowanego przez ORFEO Fundację im. Bogusława Kaczyńskiego we współpracy z Instytutem Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



