Koncert f–moll i Kate Liu wydają się parą idealną – utwór znany ze swojej subtelności w wykonaniu jednej z najbardziej subtelnych pianistek grających Chopina. Zwłaszcza liryczna druga część pod palcami Kate Liu nabrała romantycznego kolorytu, a jednocześnie zachwycała powściągliwą emocją. Pianistka pięknie współgrała z orkiestrą, prowadziła z nią cichy dialog; zwłaszcza instrumenty dęte wyróżniały się wśród jej zjednoczonej barwy, uzupełniając fortepian Liu o zupełnie inną, cięższą jakość. Nie było zaś żadnej ciężkości w grze solistki – jej palce, dobrze zaznajomione z repertuarem, poruszały się jak piórka po instrumencie, muskając klawisze i wydobywając z nich coraz to nowe kolory ciszy. Była to interpretacja niezwykle osobista, introwertyczna, wymagająca od słuchacza pełni skupienia – o to jednak było trudno przy nieustannym śpiewie ptaków, gwarze ulicy i hałasie przejeżdżających samochodów.
Żaden jeszcze koncert Centralnego Placu Muzyki nie ucierpiał tak mocno na fakcie, że jest koncertem plenerowym – momentami jednak, przy grze pianissimo, fortepianu nie było wręcz słychać, co może być winą nagłośnienia, ale może także wynikać z natury stylu charakterystycznego dla solistki. Wiele bym dała, by usłyszeć raz jeszcze jej interpretację Koncertu f–moll – preferowałabym jednak, by odbyła się ona w zaciszu czterech ścian.

Różnica ta stała się jeszcze bardziej czytelna w kontraście z drugą częścią koncertu, poświęconą IX Symfonii e– moll „Z Nowego Świata” op. 95 Antonina Dvořáka – jednym z najbardziej znanych, energicznych i porywających utworów późnego romantyzmu. Jest to dzieło przeznaczone wręcz do grania w plenerze, zdolne przekonać nawet przechodzącego gapia do zatrzymania się na chwilę i zachłyśnięcia się potęga dźwięku. Raz jeszcze instrumenty dęte wyróżniły się różnorodną barwą i wyczuciem bardziej lirycznych momentów; cała jednak orkiestra spisała się w tym repertuarze świetnie. Fortissimo, osiągane w momentach kulminacyjnych dzieła, przeszywało powietrze, precyzyjnie lądując na zamierzonych wysokościach, a werwa, jaką posiadali w sobie instrumentaliści nadała doświadczeniu niesamowitej energii; trudno zresztą nie cieszyć się, gdy słucha się i gra dzieło tak przyjemne.

Fanfarowy finał wybrzmiał szczególnie dobrze – nie sposób nie usłyszeć metropolii w tej muzyce, siedząc w samym sercu Warszawy. Na wspomnienie, naturalnie, zasługuje dyrygent – Krzysztof Urbański, który z orkiestry uczynił jeden organizm, oddychający, akcentujący i grający dynamiką jak zaklęty. Myślę, że nawet przechodzący gapie mogli być ujęci tym wykonaniem.
Zrozumiałe jest zestawienie w programie tak różnych utworów, jednak niekoniecznie są one oba dostosowane do warunków, w jakich były wykonywane. Być może lepiej sprawdziłby się Koncert e–moll, bardziej otwarcie efektowny, głośniejszy, mniej subtelny. A może właśnie to od widowni należy oczekiwać więcej – zatrzymania się i pochylenia nawet nad tym ledwo słyszalnym pianissimo, dostrzeżenia wartości w interpretacji, na którą także jako słuchacz należy sobie zapracować. Niemniej, wyszłam z tego koncertu pełna refleksji i przekonana o tym, że Chopin pozostaje w dobrych rękach. Może to mi pozostaje wyostrzyć uszy.

Tekst powstał w ramach projektu „Młodzi krytycy ORFEO”, realizowanego przez ORFEO Fundację im. Bogusława Kaczyńskiego we współpracy z Instytutem Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



