W swoim nowym sezonie Opera Wrocławska podejmuje wyzwania repertuarowe, eksperymentując z doświadczeniem i wyobraźnią widzów, realizując bezwzględnie swoją wizję. To dobra polityka – nie można nieustannie pokazywać tych samych tytułów. Opera Wrocławska wyłamuje się z tego kamiennego kręgu, tworząc nowe tropy. „Julietta” Martinů to druga nieoczywista, po „Don Kichocie” z brawurową kreacją Rafała Siwka, a czwarta w tym sezonie, po „Salome” z chwaloną rolą Natalii Rubiś i odkrywczym „Strasznym dworze”. Każdy teatr ma swoją politykę, ale nie jest jedyny – podobną rozwiązania stosuje także Teatr Wielki w Poznaniu.

Twórczość Martinů przez dekady pozostawała na marginesie życia muzycznego. Kompozytor – autor kilkunastu oper, kilku symfonii i licznych dzieł kameralnych – padł ofiarą historii. Po latach spędzonych w Paryżu, gdzie chłonął wpływy Strawińskiego, Grupy Sześciu i jazzu, a następnie po emigracji do Stanów Zjednoczonych, znalazł się w politycznym zawieszeniu. Po wojnie odmówił powrotu do komunistycznej Czechosłowacji, co skutkowało niemal całkowitym wymazaniem jego muzyki z oficjalnego obiegu skazując tym samym cały dorobek na niemal całkowite zapomnienie. Dopiero relatywnie niedawno utwory czeskiego twórcy zaczęto na nowo doceniać. Ostatnio coraz częściej grywa się jego dzieła – wystawienie „Pasji greckiej” w Salzburgu (z udziałem Łukasza Golińskiego) w reżyserii Simona Stone’a wywołało spore zainteresowanie.
W Polsce dzieła Martinů pojawiły się zaledwie kilkukrotnie – „Juliettę” w Łodzi w 1978 roku przygotowali Mieczysław Nowakowski (kierownictwo muzyczne) oraz Ladislav Štros (inscenizacja, reżyseria i scenografia), a partię tytułową śpiewały Delfina Ambroziak i Maria Szczucka. „Legenda o Maryi”, wielkie oratorium Martinů, została wystawiona w 2010 roku we Wrocławiu z okazji Festiwalu Polskiej Opery Współczesnej (dyrgował Tomasz Szreder). A jednak jest to twórczość wciąż bardzo mało znana, mimo że muzyka jest niezwykle interesująca – coś pomiędzy Debussym a Straussem, jeśli tak można scharakteryzować fakturę „Julietty”, z bardzo wyraźnym rysem języka kompozytora. Muzyka oniryczna, gęsta i piękna.

Wystawienie „Julietty” to nie tylko akt odwagi ze strony Opery Wrocławskiej, ale także docenienie wizji i inscenizacyjnej wyobraźni Barbary Wiśniewskiej, która po swoich ostatnich produkcjach, przede wszystkim „Najlepszego miasta świata”, awansuje do grona najciekawszych operowych reżyserów w Polsce. To było jej życzenie, które we Wrocławiu spełniono. I rzeczywiście – inscenizatorka tworzy spójną, choć miejscami przeładowaną wizję, ale tak przeładowany i ulotny jest sen.
Barokowe szaleństwo II aktu z oceanicznym cyrkiem (kraby, małże i ośmiornice) jest bardzo spektakularne wizualnie – jak wspomnienie snu: robi wielkie wrażenie, ale też budzi rozbawienie publiczności. Ta widowiskowość, pomimo nieznajomości tytułu, może budzić nadzieję na sukces frekwencyjny – mam nadzieję, że tak się stanie.
Ale to przede wszystkim opera o miłości – o poszukiwaniu ukochanej w trudnych i nieoczywistych warunkach. Bohater, Michel, trafia do tajemniczego, jakby przeklętego miasta, w którym jego mieszkańcy – łącznie z wyśnioną miłością, Juliettą – pamiętają tylko ostatnie kilkanaście minut swojego życia. To także sposób dla Michela, który pamięta całe swoje życie, na poszukiwanie prawdy. Wstrząsające są wizje kupowania wspomnień, a także rozczarowania ukochanej banalnością ich uczucia – opartego na miłości od pierwszego wejrzenia, a nie na wspólnych przeżyciach, jak podróż do Hiszpanii czy romantyczne chwile na placu w Sewilli.
Nie zawodzi wizja inscenizacyjna Barbary Wiśniewskiej – nieoczywista, przeładowana, tajemnicza, jak w marzeniach sennych. Tu także, wybudzając się ze snu, tracimy pamięć – trwa ona nawet krócej niż 15 minut…

Reżyserka oplata tę treść w nieco „rozsypaną” scenografię (Natalia Kitamikado), operując hipnozą powtarzalności i nieoczywistą logiką snu. Wszystkie scenograficzne odchylenia są tego konsekwencją. Ta wizja niczego nie udaje – od początku wiemy, widząc syrenę na środku sceny, że to dziwny, czarodziejsko-baśniowy, a może upiorny świat. Szaleństwo i napięcie tylko się pogłębiają wraz z rozwojem akcji.
Bardzo wnikliwie i szeroko potraktował partyturę dyrygent Mirian Khukhunaishvili, kierownik muzyczny Opery Wrocławskiej. Orkiestra operowała pięknym brzmieniem i rozlewną, romantyczną frazą. Wszechobecny na scenie Maciej Kwaśnikowski stworzył postać zagubionego bohatera, operując lirycznym tenorem nawet tam, gdzie partia wymagała większej siły. Bohaterkę ze snu, wyśnioną i niedosiężną miłość Michela, stworzyła Kamila Dutkowska, dowodząc dojrzałości scenicznej, dużej wrażliwości i plastyczności wyrazu – zarówno aktorskiego, jak i wokalnego.

Bardzo wyrównany był pozostały skład solistów, którzy mieli za zadanie odnaleźć się w kilku rolach. I tak Aleksandra Opała była Syreną i prawym bokiem Kraba, Łukasz Rosiak – Wiecznym turystą, Sprzątaczem i Ślepcem, Tomasz Rudnicki – Muzykiem, Barmanem, Migdałkiem i Nocnym strażnikiem, a Eliza Kruszczyńska – Masażystką, lewym bokiem Kraba i chiromantką. Jadwiga Postrożna musiała wygrać aż pięć różnych ról. Reżyserka zresztą bawi się tymi postaciami, zmieniając ich funkcje i tożsamości – jak we śnie. Wszyscy sprawnie odnajdują się w zmieniających się tożsamościach, podkreślając płynność tego świata.

Ale jest to także świat bez powrotu. Trudno do niego wrócić, nic nie dzieje się na zawołanie – utracony sen jest całym utraconym światem. Ostatni akt rozgrywa się w „laboratorium snu” (w tej wizji raczej w więzieniu), gdzie klienci – a może więźniowie – zamawiają i śnią swoje sny. Bardzo mroczny i poruszający jest finał, z zapadającą w pamięć rolą Grzegorza Szostaka (Skazaniec). Ostatni obraz pozostawia widza z poczuciem niepokoju i niedopowiedzenia.

To na pewno niezapomniana i ambitna produkcja – dzieło o tęsknocie i pamięci, dramat trudny do opowiedzenia, a jednak w dużej mierze, dzięki znakomitemu i nieoczywistemu pomysłowi, udany.
Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



