Coroczny przegląd zaproszonych wydarzeń z kraju i świata sprawia, że Bydgoszcz na przełomie kwietnia i maja na kilka tygodni staje się muzycznym sercem Polski. Tegoroczna inauguracja festiwalu zbiegła się z wyjątkowo intensywnym czasem operowym w kraju – w ostatnim tygodniu kwietnia odbyły się aż cztery premiery: „Tosca” w Operze Krakowskiej, „Król Roger” w Poznaniu, „The Fairy Queen” w Polskiej Operze Królewskiej, a kilka dni wcześniej, po długiej nieobecności, powrócił na scenę Teatru Wielkiego – Opery Narodowej „Falstaff”, będący pożegnaniem Marka Weissa z reżyserią. A to dopiero początek: przed nami kolejne premiery – „Halka” (w wersji polskiej i włoskiej) w Białymstoku, „Così fan tutte” i inauguracja Festiwalu Mozartowskiego w Warszawskiej Operze Kameralnej czy „Kawaler srebrnej róży” w Operze Bałtyckiej. Polski meloman w maju ma naprawdę trudne życie.

Scena zbiorowa © Andrzej Makowski
Na tym tle Bydgoski Festiwal Operowy – odbywający się już po raz 32. – jawi się jako wydarzenie o szczególnej randze. To interdyscyplinarne święto teatru muzycznego, w którym spotykają się opera, balet, taniec współczesny, muzyka dawna i musical. Festiwal, powołany przez Macieja Figasa – najdłużej urzędującego dyrektora operowego w Polsce – przez lata gościł ważne zespoły: Operę Narodową Ukrainy z Kijowa, teatr operowy ze Lwowa, Łotewską Operę Narodową, Operę Sofijską, Litewski Teatr Opery i Baletu, a także wiele scen polskich.
W Bydgoszczy występowały także znakomite zespoły muzyki dawnej, jak Combattimento Consort Amsterdam czy La Folia, oraz światowej klasy kompanie baletowe: Béjart Ballet Lausanne, Cullbergballet, Ballet du Capitole, Hubbard Street Dance Chicago czy Polski Balet Narodowy. Na festiwalowej scenie pojawiały się również gwiazdy światowej wokalistyki, jak Simone Kermes czy Ko Seng Hyoun. Prezentowane tytuły często wykraczają poza repertuarowy kanon – w ubiegłym roku Opera Sofijska przywiozła swoją „Elektrę” Straussa, w tym roku oglądamy „Salome”. Sam gmach Opery Nova – położony na wyspie, złożony z charakterystycznych kręgów – jest miejscem wyjątkowym, a mimo trwającej rozbudowy życie operowe toczy się tu nieprzerwanie.

Bydgoska realizacja „Łucji z Lammermoor” Gaetana Donizettiego jest pierwszą produkcją tego tytułu w historii Opery Nova – co może zaskakiwać, biorąc pod uwagę popularność dzieła. Pamiętam wspaniałe wykonania w Warszawie, gdzie partię tytułową śpiewały tak wielkie artystki jak m.in. Zdzisława Donat, Urszula Trawińska-Moroz, Krystyna Rorbach, Izabella Nawe czy Roma Owsińska. Nie bez przyczyny przywołuję te nazwiska. To opera, w której wszystko skupia się wokół tytułowej bohaterki – jak w „Marii Stuardzie” czy „Annie Boleyn”. Łucja jest niemal nieustannie obecna na scenie, śpiewa blisko trzy czwarte partytury, dźwiga ciężar dramaturgii i wokalnego popisu.

W soektaklu premierowym zaśpiewała Yuliia Zasimova – i był to występ znakomity. Od pierwszych do ostatnich chwil imponowała pewnością emisji i swobodą koloratury. To sopran d’agilita – dysponując głosem o wyraźnie dramatycznym zacięciu, potrafiła zarówno olśniewać techniką, jak i budować przejmującą, emocjonalną narrację. Zasimova, laureatka I nagrody (ex aequo z Hedwig Ritter) I Międzynarodowego Konkursu Wokalnego im. Bogdana Paprockiego, potwierdziła swoją klasę – jej Łucja jest kreacją kompletną. Przygotowano potrójną obsadę, z partią tytułową zmierzą się Magdalena Stefaniak i Magdalena Czerwińska; znając te artystki, wiem, że będą wspaniałe i zupełnie inne od siebie, żałuję, że nie mogę ich wszystkich posłuchać.
Czarnym charakterem opery jest Henryk – brat Łucji, który dla politycznych korzyści gotów jest poświęcić szczęście siostry. Bartłomiej Kłos stworzył postać przekonującą, muzykalną i świadomie budowaną aktorsko, choć momentami brzmieniowo nierówną. Znacznie słabiej wypadł Szymon Rona jako Edgar – partia była prowadzona siłowo, z pominięciem belcantowej subtelności, choć potencjał głosu jest niewątpliwy. W operze są jeszcze dwaj inni tenorzy, drugoplanowi, ale mający wokalne pole do popisu: Arturo (Sebastian Mach) – stylowy, pewny, świetnie odnajdujący się w tym repertuarze, oraz Normanno (Michał Ryguła) – dynamiczny, wyrazisty scenicznie, o bardziej spintowym charakterze.

Interesujące, choć dyskusyjne były interpretacje postaci drugoplanowych: Alisa, powiernica Łucji (Katarzyna Nowak-Stańczyk) została ukazana jako osobowość demoniczna, przypominająca verdiowską Azucenę lub Ulrykę, oraz Raimondo (Janusz Żak) stylizowany na figurę „z innego świata”, ubraną w orientalizujące szaty. Orkiestrę prowadził dynamicznie Tomasz Tokarczyk, dbając o klarowność i przejrzystość brzmienia, choć momentami orkiestra brzmiała zbyt ciężko jak na styl belcanta.
Spektakl w inscenizacji Thaddeusa Strassbergera to wizja mroczna, sugestywna i interpretacyjnie odważna. Reżyser – będący także autorem scenografii i kostiumów – odczytuje historię Łucji jako opowieść o przemocy i psychicznym zniewoleniu. Bohaterka jest zmuszana do działań wbrew sobie, „dusi się” w świecie, który ją otacza. Silnym wizualnym odniesieniem staje się obraz „Eksperyment z pompą próżniową” Josepha Wrighta of Derby – symbol duszenia i pozbawiania przestrzeni do życia, choć osobiście mam nadzieję, że ptak przeżyje. To także opowieść o obojętności – przywodząca na myśl świat filmów Roya Anderssona, np. z „Pieśni z drugiego piętra” czy „Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla” ze wstrząsającą sceną eksperymentu na małpie. W tej interpretacji Łucja nie tyle umiera z obłędu, ile zostaje zniszczona przez system przemocy – śmiertelny cios zadaje jej bezduszny brat.

Łucji w każdej scenie towarzyszą jej sobowtóry – zwielokrotnione projekcje psychiki (znakomita choreografia Marii Martins). Strassberger odpowiedzialny był nie tylko za reżyserię, lecz także piękną plastycznie scenografię (wszystko rozgrywa się na szkockich wrzosowiskach) i wyrafinowane, niepokojące kostiumy (kilty, czarne stroje dam dworu). Twórcy rozumieją operę – potrafią nadać jej nowe znaczenia, nie tracąc przy tym muzycznej i teatralnej siły.
Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę




