REKLAMA

Cio-cio-san w krainie upiorów. „Madame Butterfly” w Bregencji

Bregencka realizacja na scenie Jeziora Bodeńskiego pełna jest symbolicznych odniesień do kultury japońskiej. Pomimo spektakularnych efektów specjalnych powstała produkcja bardzo kameralna w wyrazie, skupiona na dramacie nieszczęśliwej bohaterki.

Festiwal w Bregencji trwa około pięciu tygodni, od mniej więcej końca lipca do końca sierpnia. Na wielkiej pływającej scenie, mieszczącej do 7 000 widzów i zbudowanej specjalnie na potrzeby tego wydarzenia, wystawiane są najpopularniejsze tytuły operowe. Każda produkcja gości tu przez dwa sezony. Ostatnio był to „Rigoletto” Giuseppe Verdiego, za dwa lata pokazany zostanie „Wolny strzelec” Carla Marii von Webera.

W pobliskim teatrze, Festspielhaus Bregenz, wybudowanym w latach 1977-1980, prezentowane są obecnie dzieła „zapomniane”, mniej popularne lub w ogóle nieznane. Festspielhaus służy też jako alternatywne miejsce dla przedstawień na Jeziorze podczas złej pogody, ale wtedy nie wszyscy widzowie mogą się tam zmieścić. Oprócz oper w programie Festiwalu są także produkcje teatralne, koncerty muzyki symfonicznej i współczesnej. W Teatrze na Kornmarktplatz przygotowywane są inscenizacje z udziałem młodych śpiewaków.

Festiwal stał się wydarzeniem międzynarodowym już podczas swojej pierwszej edycji w 1946 roku, po II wojnie światowej. Pokazano wtedy w porcie na gondoli operę „Bastien und Bastienne” Wolfganga Amadeusza Mozarta i balet „Eine kleine Nachtmusik”. Spektakl nazwano „Spiel auf dem See”. Dzięki darowiźnie Karla Deuringa, od 1950 roku budowano największą scenę nad Jeziorem, z trybuną na 6 400 miejsc. Obecnie po rozbudowie na spektakl może przybyć nawet 7 000 widzów.

Łukasz Załęski (Pinkerton) i Elena Giseva (Butterfly) © Bregenz Festival Karl Forster
Łukasz Załęski (Pinkerton) i Elena Guseva (Butterfly) © Bregenz Festival / Karl Forster

Bregenzer Festpiele od lat cieszy się wielką popularnością. W kwietniu i maju 2008 roku kręcono na pływającej scenie kilka ujęć do 22. filmu o Jamesie Bondzie, „Quantum of Solace”, grano wtedy „Toskę”. Tego samego roku stacja telewizyjna ZDF prezentowała codzienne reportaże podczas Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. W 2010 roku odbyło się około 100 spektakli, które przyciągnęły blisko 200 tysięcy widzów. Od czternastu lat z Bregenzer Festpiele związana jest Anna Marchwińska, polska pianistka i coach wokalny.

W Bregencji wystawiono też kilka dzieł Giacomo Pucciniego, należących do operowego kanonu. Pierwszą była „Cyganeria” (2001 i 2002), pokazano też „Toskę” (2007 i 2008) oraz „Turandot” (2015 i 2016). „Madame Butterfly” (2022 i 2023) jest czwartą operą tego włoskiego twórcy wykonywaną na scenie Jeziora.

Niemiecki reżyser Andreas Homoki ma w swoim dorobku kilkadziesiąt produkcji operowych. Jego międzynarodowa kariera rozpoczęła się w 1992 roku sensacyjnym sukcesem inscenizacji „Kobiety bez cienia” Ryszarda Straussa w Genewie. Magazyn „Opernwelt” uznał to przedstawienie Produkcją Miesiąca. Homoki w 2002 roku zastąpił Harry’ego Kupfera na stanowisku dyrektora naczelnego Komische Oper w Berlinie, a od 2004 roku był tam także dyrektorem artystycznym. Obecnie jest dyrektorem Opery w Zurychu.

Incenizacja „Madame Butterfly” w Bregenzji © Bregenz Festival Karl ForsterIn
Incenizacja „Madame Butterfly” w Bregencji © Bregenz Festival / Karl Forster

Realizatorzy, z Andreasem Homoki na czele, zdecydowali się na tradycyjną i bardzo symboliczną inscenizację, w której udało się nakreślić przejmujący psychologicznie obraz porzuconej japońskiej branki i stworzyć przedstawienie bardziej kameralne. Z wielkim wyczuciem możliwości sceny wykorzystano symbole kultury japońskiej, poczynając od nieruchomej scenografii pogiętej kartki papieru (za scenografię odpowiedzialny jest Michael Levine, za kostiumy Anthony McDonald). Wizualnie arkusz robi wrażenie czegoś kruchego, zawieszonego w przestrzeni, unoszącego się jak piórko nad Jeziorem Bodeńskim. W rzeczywistości waży, jak czytamy w programie, 300 ton i zajmuje ponad 1300 metrów kwadratowych. Ale jest też wspaniałym polem do multimedialnych projekcji (Luke Halls), żonglowania światłem (Franck Evin) i nastrojem, w zależności od natężenia dramatu. To też nawiązanie do sztuki origami, japońskiej sztuki składania papieru.

Butterfly, co znamienne, nie przypływa łodzią (jak np. w słynnej warszawskiej realizacji Mariusza Trelińskiego), ale pojawia się w orszaku schodzącym z gór. Finałowy płomień palący arkusz jest dowodem, jak łatwo ulatują marzenia, jak bardzo ta odległa dziś historia jest nieuchwytna i umowna.

Niepokojącą rolę pełnią wszechobecne, upiornie białe duchy, pojawiające się jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu. To niejako siostry (bracia?) Cio-cio-san, przeciągające ją na swoją stronę, wytrącające ją z marzeń i mrzonek o szczęśliwym życiu z Pinkertonem. Kolor biały, w kulturze japońskiej, jako symbol śmierci, jest zapowiedzią zbliżającego się dramatu. Zjawy, z biało pomalowanymi twarzami osaczają tytułową bohaterkę od początku spektaklu, jej los jest oczywisty. Wstrząsająca jest scena wyrywania amerykańskiej flagi, którą opasana jest Butterfly, bowiem upiory pragną włączyć ją do swojego przerażającego korowodu. Złowieszcza jest też grupa gejsz, z wieloznaczną symboliką wachlarza i Butō, japońskiego tańca mroku i ciemności. Cio-cio-san, pomimo wiary w wielką miłość i wierność amerykańskiego męża jest w tym spektaklu przez nie prześladowana, wiadomym jest, że nie ma żadnego wyboru.

Upajający i oryginalny scenicznie jest sen Butterfly, gdy śni ona o wymarzonym powrocie zaślubionego przed trzema laty ukochanego. Ostatnie chwile jej oczekiwania symbolizuje właśnie stateczek z papieru, sztuczny, chwilowy i niepoważny…

Elena Giseva (Butterfly) © Bregenz Festival / Karl Forster
Elena Guseva (Butterfly) © Bregenz Festival / Karl Forster

Ale pomimo niesamowitych rozwiązań scenicznych, np. upiorna wizyta Wuja Bonzo (bas Levente Páll), wejście Butterfly, czy ognisty finał, bohaterowie na scenie są samotni, oddaleni od siebie, tak jakby twórcy celowo chcieli podkreślić dzieląca ich przepaść. Wielki duet miłosny z pierwszego aktu był stopniowym zbliżaniem się bohaterów, choć w większej jego części Pinkerton musiał biegać po tej gigantycznej przestrzeni.

W partii tytułowej, chyba jednej z najdłuższych i najtrudniejszych partii kobiecych w literaturze operowej Elena Guseva pokazała drapieżność głosu i dużą wrażliwość, potrafiła zagrzmieć i wzruszyć. W jej ujęciu Butterfly, zaślepiona jest wiarą w powrót Pinkertona, rosyjska śpiewaczka potrafiła pokazać prawdziwą, bezinteresowną i bezkompromisową miłość. Wspaniałym Benjaminem Franklinem Pinkertonem był, także doskonały scenicznie polski tenor Łukasz Załęski, pięknie i skutecznie operując tenorową klasą werystycznego belcanta i tenora dramatycznego in spe.

Inscenizatorzy nie tchnęli nowego znaczenia partii Suzuki, była to oddana i poddana służąca, w rzetelnym wykonaniu Claudii Huckle, dobrze zarysowanej wokalnie. Zasadniczym, o ciemno-matowym głosie, interpretacyjnie nie znoszącym sprzeciwu Sharplessem był Brett Polegato, choć w jego śpiewie przydałoby się więcej żarliwości. W niewielkiej roli Kate, amerykańskiej żony Pinkertona błysnęła przejmującą słodyczą Sabine Winter. Efektownie też wypadł Patrick Reiter w roli przypływającego na łodzi zalotnika, Księcia Yamadori.

Maestro Enrique Mazzola, wieloletni gość Bregenzer Festpiele, prowadził orkiestrę Wiener Symphoniker bardzo uważnie, nie pozwalając na wiele wylewności, ale czuwając nad rytmem i pięknem brzmienia.

reklamaspot_img
reklamaspot_img

Również popularne