Bohaterem czwartego w sezonie 2025/2026 koncertu z cyklu „Wielkie Głosy” był Piotr Beczała. To jedna z najciekawszych inicjatyw nowego dyrektora Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, Borysa Kudlički, realizowana od początku jego pierwszego sezonu na tym stanowisku. Cykl zaprasza najwybitniejszych polskich śpiewaków nie do udziału w produkcjach operowych, lecz do prezentacji w bardziej kameralnej, często bardzo osobistej formule koncertowej.
Dotychczas publiczność mogła usłyszeć trzy znakomite duety: Aleksandrę Kurzak i Roberto Alagnę, Artura Rucińskiego i Pretty Yende oraz Tomasza Koniecznego i Camillę Nylund. Piotr Beczała wystąpił natomiast sam, proponując recital niezwykle wymagający, intensywny i bezkompromisowy. W programie znalazły się arie z dzieł Giuseppe Verdiego, Richarda Wagnera, Stanisława Moniuszki, Pietra Mascagniego, Giacoma Pucciniego i Umberta Giordana, a Orkiestrę Teatru Wielkiego – Opery Narodowej poprowadziła włoska dyrygentka Clelia Cafiero.

Kilka tygodni temu miałem ogromną przyjemność uczestniczyć w koncercie „Głos, który wzrusza” w Filharmonii Zielonogórskiej, gdzie Beczale towarzyszyła orkiestra pod batutą Bassema Akikiego. Było to prawdziwe święto opery. Tenor olśnił wówczas programem imponującym i skrajnie wymagającym, wykonując dziesięć wielkich arii tenorowych z pogranicza repertuaru spinto i dramatycznego. Zachwycał brawurą, techniką i głębią interpretacji. Uderzało ogromne zaangażowanie artysty, ale również inteligencja wykonawcza – piękne, szlachetne śpiewanie bez forsowania głosu i bez niepotrzebnych efektów, tak często kojarzonych z repertuarem tenorowym. Nie było tu ostentacyjnego „przetrzymywania” wysokich dźwięków dla samego efektu. Wszystko podporządkowane było muzyce i dramatowi.
Warszawski recital znacząco różnił się jednak od zielonogórskiego pod względem repertuarowym. Beczała zaprezentował między innymi fragmenty „Lohengrina” Wagnera, a na bis zaśpiewał również arię Don Joségo z „Carmen” Bizeta. Nie zabrakło oczywiście także Stanisława Moniuszki. Obok Stefana ze „Strasznego dworu” zabrzmiał Jontek z „Halki”. To niezwykle cenne, że artysta konsekwentnie zestawia twórczość naszego narodowego kompozytora z dziełami Verdiego, Pucciniego czy Wagnera. W takim sąsiedztwie muzyka Moniuszki nie tylko się broni, ale jawi się jako twórczość pełnowartościowa, piękna i emocjonalnie równie nośna.

Największe wrażenie robi jednak obecna forma wokalna śpiewaka. Wystarczy przejrzeć kalendarz jego występów, by przekonać się, jak intensywny tryb pracy prowadzi. Niedawno wykonywał partię Manrica w „Trubadurze” w Monachium – obok Artura Rucińskiego jako Hrabiego Luny. Już wkrótce obaj artyści spotkają się ponownie w tej operze w Madrycie. Beczała zakończył także serię przedstawień „Andrea Chénier” na Gran Canarii, gdzie kreował partię tytułową w Teatro Pérez Galdós w ramach sezonu Ópera de Las Palmas. Pomiędzy kolejnymi produkcjami znajduje jeszcze czas na recitale odbywające się niemal na całym świecie.
W Warszawie zaprezentował formę pełną blasku i kontrolowanego szaleństwa. Głos brzmiał pięknie, swobodnie i nasycał ogromną przestrzeń Teatru Wielkiego. Za imponującą techniką szła głęboka interpretacja, emocjonalne zaangażowanie i prawdziwe wzruszenie. Artysta mierzył się z wielkimi utworami bez żadnej taryfy ulgowej. Zabrzmiały arie z „Balu maskowego” i „Mocy przeznaczenia”, ale także Turiddu z „Rycerskości wieśniaczej”. Tę ostatnią arię tenor zadedykował wszystkim Mamom, które kilka dni wcześniej obchodziły swoje święto.

Publiczność długo nie pozwalała artyście zejść ze sceny. Po czwartym bisie Beczała z uśmiechem zauważył, że „Państwo nie odpuszczają”. A przecież wśród bisów znalazły się dwie wielkie arie z „Andrea Chénier” – prawdziwe wokalne „siekiery”, wymagające od śpiewaka ogromnych zasobów technicznych i emocjonalnych. Później zabrzmiał wspomniany Don José, a na zakończenie poruszający lament Lorisa z „Fedory” Giordana.
To właśnie w repertuarze późnego bel canta i weryzmu ujawnia się dziś jeden z największych atutów artysty. Beczała potrafi połączyć żar, ekspresję i dramatyczne napięcie z kulturą śpiewu, elegancją frazy i niezwykłą dbałością o słowo. Nie ma tu pustego efekciarstwa. Każdy dźwięk czemuś służy, każde crescendo ma sens dramaturgiczny. Dzięki temu interpretacje uderzają ze zdwojoną siłą.

Na uznanie zasługuje również Clelia Cafiero, jedna z najciekawszych włoskich dyrygentek młodego pokolenia, współpracująca z wieloma teatrami operowymi we Włoszech i Europie. Bardzo dobrze panowała nad zespołem Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. Szczególnie przekonująco zabrzmiały pod jej batutą smyczki w Wagnerowskim „Lohengrinie”, a także pełne charakteru interpretacje Moniuszki i Mascagniego. Jedynie w niezwykle wymagającej uwerturze do „Mocy przeznaczenia” przydałoby się nieco więcej precyzji i większa liczba prób, by w pełni ujarzmić wszystkie niuanse tej partytury.
Wieczór potwierdził coś, o czym wiadomo od dawna, ale co wciąż robi ogromne wrażenie. Piotr Beczała to artysta, który mimo osiągnięcia absolutnego szczytu kariery nadal się rozwija, poszerza repertuar i poszukuje nowych środków wyrazu. Wkrótce czekają go kolejne wielkie wyzwania, między innymi „Parsifal” w Metropolitan Opera. Tym bardziej szkoda, że tak rzadko możemy słuchać go w Polsce.

Być może jednak zaczyna się to zmieniać. Borys Kudlička wielokrotnie podkreślał, że Teatr Wielki – Opera Narodowa jest dla Piotra Beczały jego artystycznym domem. Jeśli za tymi deklaracjami pójdą kolejne projekty, warszawska publiczność może mieć powody do radości. Bo takich wieczorów jak ten chciałoby się doświadczać znacznie częściej.
Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



