Artur Ruciński wrócił na Ogrody Muzyczne w królewskim stylu. Tym razem wystąpił z recitalem solowym, w całości poświęconym muzyce szczególnie bliskiej jego sercu – Giuseppe Verdiemu oraz pieśniom włoskim i hiszpańskim. Był to koncert wyjątkowy nie tylko ze względu na program, ale również moment, w którym się odbywał.
Artysta przyjechał do Warszawy prosto z Madrytu, gdzie bierze udział w nowej serii przedstawień „Trubadura” w Teatro Real. Obok niego na scenie występują Piotr Beczała jako Manrico i Krzysztof Bączyk jako Ferrando. Trzech polskich śpiewaków w obsadzie jednego z najważniejszych teatrów operowych świata to wydarzenie bez precedensu. Nie bez powodu można było powiedzieć, że w tych dniach Madryt mówił po polsku. Spektakl kilka dni temu transmitowała ogólnokrajowa telewizja hiszpańska, a pozostaje mieć nadzieję, że w przyszłości będą mogli zobaczyć go także polscy melomani.
Pierwsza część recitalu była właściwie serią wielkich operowych scen. Nie były to po prostu arie – każda z nich stanowiła zamknięty dramat, wymagający stworzenia pełnokrwistej postaci. Ruciński po raz kolejny udowodnił, że jest nie tylko wybitnym wokalistą, ale przede wszystkim aktorem operowym, który każdą frazę podporządkowuje psychologii bohatera.

Rozpoczął od Makbeta, później zabrzmiała wielka aria Germonta z „Traviaty”, w której ojciec z bolesnym spokojem przekonuje Violettę do porzucenia ukochanego syna. Następnie publiczność usłyszała dramatyczną scenę Renato z „Balu maskowego”. Bohater, przekonany o zdradzie najbliższych osób, przechodzi drogę od rozpaczy do nienawiści. W jego śpiewie słychać jednocześnie ból, gniew, zawiedzione zaufanie i rodzącą się żądzę zemsty.
Kulminacją tej części wieczoru była jednak światowa premiera. Artur Ruciński po raz pierwszy publicznie wykonał arię „Cortigiani, vil razza dannata” z „Rigoletta”. To jedna z najbardziej wymagających scen napisanych przez Verdiego dla barytonu i zarazem zapowiedź nowej wielkiej roli artysty. Już w grudniu zabrzmi ona podczas debiutu artysty w partii „Rigoletta” we Wrocławiu, a w styczniu 2027 roku Ruciński zaśpiewa ją na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej.

Już dziś można było przekonać się, jak niezwykła będzie to kreacja. Rigoletto najpierw przeklina dworzan, którzy porwali jego córkę, by chwilę później upokorzyć się przed nimi i błagać o zwrot jedynego skarbu swojego życia. Ruciński budował tę scenę z niezwykłą odwagą. Nie bał się celowo załamać głosu, zawahać oddechu, zasugerować szloch czy niemal prawdziwy płacz, wszystko podporządkowane zostało dramatowi postaci.
To właśnie jest dziś jego największą siłą. Dysponuje głosem o szlachetnej, ciemnej barwie, przywodzącej na myśl najwybitniejszych barytonów złotej ery włoskiego śpiewu, ale jednocześnie pozostaje artystą całkowicie oryginalnym. Potrafi uderzyć potężnym, złowrogim forte, by chwilę później przejść do niemal niesłyszalnego, niekończącego się piano. A przecież właśnie śpiewane piano często niesie znacznie większy ładunek emocjonalny niż najbardziej efektowny wybuch głosu.

Nie sposób nie wspomnieć o Marku Ruszczyńskim, który mu towarzyszył. To prawdziwy poeta fortepianu. Jego autorskie transkrypcje scen Verdiego stanowiły integralną część narracji recitalu. Szczególnie pięknie zabrzmiały opracowania arii Amelii „Morrò, ma prima in grazia” oraz fragmentu duetu Rigoletta i Gildy „Tutte le feste”, które płynnie prowadziły słuchaczy w kolejne dramatyczne odsłony koncertu.
Po przerwie atmosfera zmieniła się całkowicie. Zgodnie z duchem letnich festiwali Ruciński zaproponował pełen słońca południa Europy. Zabrzmiała porywająca „Granada”, a także ukochane pieśni neapolitańskie: „Mamma”, „Non ti scordar di me”, „Core ’ngrato”. Towarzyszyły im liryczne miniatury fortepianowe Marka Ruszczyńskiego, między innymi subtelna „Andaluza” Enrique Granadosa, ale także fortepianowy śpiew we „Wróć do Sorrento”. W tych utworach baryton nie imponował już dramatycznym napięciem, lecz czułością, elegancją frazy i naturalnością opowiadania o świecie tak bliskim jego sercu – Hiszpanii i Italii.
Recital zwieńczyła „La spagnola”, której refren polska publiczność zna doskonale jako melodię naszego tradycyjnego „Sto lat”, śpiewanego przy każdej świątecznej okazji. Był to piękny, pogodny finał wieczoru, ale największe wzruszenia miały dopiero nadejść.

Artur Ruciński zapowiedział wcześniej, że nie chce kończyć recitalu kolejną operową arią. Zamiast tego wybrał dwa utwory wyjątkowo bliskie polskim słuchaczom – „Lubię wracać tam, gdzie byłem” Zbigniewa Wodeckiego oraz „Powrócisz tu” Ireny Santor. Na widowni obecna była sama Irena Santor. Trudno było o bardziej symboliczny moment. Interpretacje Rucińskiego były niezwykle subtelne, pełne szacunku i szczerości. Wzruszenie udzieliło się zarówno legendarnej artystce, jak i całej publiczności.

Kilka godzin wcześniej, w rozmowie dla TVP3, Artur Ruciński mówił o Warszawie z ogromnym wzruszeniem. Podkreślał, że każdy powrót do rodzinnego miasta daje mu wyjątkową radość, a tak entuzjastyczne przyjęcie publiczności jak podczas występu na Ogrodach Muzycznych sprawia, że chce wracać jeszcze częściej. – Warszawa jest moim domem. To tutaj zaczynała się moja droga artystyczna i mam nadzieję, że przynajmniej raz na rok, może raz na dwa lata, będę mógł znów śpiewać dla swojej publiczności. Uwielbiam atmosferę tego miejsca. Czuje się tu wyjątkową dostojność i niezwykłe uniesienie. Ogrody Muzyczne są pięknym festiwalem, który od 26 lat łączy różne światy – klasykę, jazz, muzykę rozrywkową i wiele innych wydarzeń artystycznych. Trzymam kciuki, żeby rozwijały się jak najpiękniej – mówił artysta.

Trudno o piękniejsze podsumowanie tego wieczoru. Publiczność nie tylko usłyszała jednego z najwybitniejszych barytonów świata, ale spotkała warszawiaka, który – mimo międzynarodowej kariery – wciąż wraca do swojego muzycznego domu z tą samą radością i pokorą.
Pozostaje mieć nadzieję, że nie będziemy musieli długo czekać na kolejne spotkanie. Bo są artyści, na których czeka się z tęsknotą. Do zobaczenia!
Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



