„Tosca” tradycyjna i elegancka. Premiera w Operze Krakowskiej

„Tosca” w Operze Krakowskiej okazuje się inscenizacją tradycyjną i elegancką – wierną realiom epoki i estetyce dzieła Pucciniego. Nowa produkcja stawia na sprawdzone rozwiązania, budując spójny, dopracowany wizualnie świat, choć nie zawsze idzie za tym równie silne napięcie dramatyczne.

Kraków ostatnimi laty ma szczęście do Toski. Tytuł regularnie gości na scenie Opery (w trakcie Letniego Festiwalu także na Dziedzińcu Arkadowym Zamku Królewskiego na Wawelu) podczas prawie każdego sezonu artystycznego. To cieszy, bo tzw. żelazny repertuar zawsze i tłumnie przyciąga publiczność, ale siłą rzeczy rodzi też porównania. Odżywa pytanie, które zadają sobie zarówno twórcy, wykonawcy jak i melomani – tradycja czy nowoczesność? Poprzednia produkcja Opery Krakowskiej w reżyserii Laco Adamika powstała w roku 1997; nadszedł więc czas na nową wersję arcydzieła Pucciniego.

Libretto jasno precyzuje czas oraz miejsca akcji. Illica i Giacosa wierni sztuce Victoriena Sardou nie zostawili tu dużego pola manewru, ale… dzisiejszy teatr operowy niejedną reżyserską ekwilibrystykę już widział… Czekałam zatem z zaciekawieniem, jaką Toskę zaproponuje Julia Prevzner, reżyserka o bogatym dorobku, doświadczeniu, realizująca projekty w wielu renomowanych teatrach, by wymienić Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Spodziewałam się świeżości spojrzenia, głębokiego rysu psychologicznego i dynamiki zgodnej z obecnym tempem życia.

Olga Busuioc (Tosca) i Dominik Sutowicz (Cavaradossi) © Andrey Rafael
Olga Busuioc (Tosca) i Dominik Sutowicz (Cavaradossi) © Andrey Rafael

Nowa produkcja Opery Krakowskiej zaskoczyła współczesnego odbiorcę, bo okazała się… równie tradycyjna, co poprzednia. Osadzona ściśle w realiach Rzymu roku 1800, z realistyczną, nieco przytłaczającą scenografią, optycznie dodatkowo zmniejszającą, skromnych rozmiarów, teatralną scenę. Niemniej była to wizja bardzo przemyślana, z wieloma motywami zaczerpniętymi wprost z architektury Wiecznego Miasta. Skrojona tak, by stworzyć swoistą klatkę – pułapkę, w której znajdą się protagoniści. Autor koncepcji Aleksander Lisiyansky, któremu dedykowano premierowy spektakl, zmarł kilka dni przed zakończeniem pracy nad przedstawieniem. Nie zdążył poznać reakcji publiczności… Brak przestrzeni, zagęszczenie elementów budowli, jakby celowy ich nadmiar, powodował wręcz nieznośną duszność osaczającą jak intryga okrutnego Scarpii, groźnie grzmiącego modlitewnym tonem z ambony kościoła Sant` Andrea della Valle w poruszającym, monumentalnym „Te Deum” kończącym akt pierwszy. Ambona była pomyślana jako jednoczesne schronienie – kolejna klatka – kaplica rodu Attavantich. Nad wszystkim dominowała ogromna kopuła, a w zasadzie jej szkielet (moje skojarzenia biegły w kierunku berlińskiego Bundestagu…), co dodatkowo nasuwało myśl o domkniętym i nieuchronnym losie nieszczęsnej Florii, odważnego Cavaradossiego, bezwzględnego Scarpii, Angelottiego.

Michał Kutnik (Angelotti) i Dominik Sutowicz (Cavaradossi) © Andrey Rafael
Michał Kutnik (Angelotti) i Dominik Sutowicz (Cavaradossi) © Andrey Rafael

Jak zawsze światło autorstwa Bogumiła Palewicza działało cuda, prowadzone dyskretnie podkreślało nastrój, akcentowało zwroty akcji, niekiedy wybuchało jaskrawo dodając dramatyzmu. Precyzyjne i wspaniale poprowadzone. Kostiumy Dorothée Roqueplo stonowane, zaprojektowane w zgodzie z epoką – jedynie te Florii mieniły się barwami znakomicie podkreślając osobowość postaci. Stylowe, eleganckie, niekiedy zwiewne. Doskonale sprawdził się pomysł ubrania dzieci w biało-czarne stroje. Proste, efektowne rozwiązanie, które natychmiast przykuło uwagę widzów. Chór Dziecięcy Opery Krakowskiej spisał się na medal! Młodzi artyści prowadzeni przez Beatę i Marka Kluzów świetnie odnaleźli się na scenie wokalnie oraz aktorsko. Gabriel Golik – Pastuszek otrzymał gromkie brawa za pięknie wykonaną pieśń z początku trzeciego aktu.

„Tosca” w Operze Krakowskiej © Andrey Rafael
„Tosca” w Operze Krakowskiej © Andrey Rafael

„Tosca” jest operowym hitem a partia tytułowa marzeniem wielu śpiewaczek. Olga Busuioc – artystka pochodząca z Mołdawii kreuje tę partię od kilku lat i widać, że czuje się w niej doskonale. Jej bohaterka jest subtelna, naiwna, a jednocześnie obdarzona mocnym charakterem. Zazdrosna, ale choć łatwo wpada w pułapkę zastawioną przez pozbawionego skrupułów Scarpię, szybko potrafi odnaleźć się w realiach. Bardzo konsekwentne prowadzenie roli, pełen wachlarz emocji, naturalność gestów, brak przesady, swoboda aktorska stanowi niewątpliwy atut. Co najważniejsze strona wokalna jest równie doskonała. Nie ma co się dziwić – wszak Olga Busuioc uczyła się u legendarnej Mirelli Freni.

Obdarzona pięknym, głębokim w brzmieniu, mocnym, dźwięcznym i znakomicie wyszkolonym sopranem brzmi pewnie – swoboda techniczna pozwala na skupienie się na interpretacji. Bogata barwa głosu, piękne piana i mocne forte, płynne poruszanie się w różnych rejestrach przy jednoczesnym zachowaniu balansu, ekspresja, wrodzona muzykalność – wszystko to zaowocowało znakomitą kreacją! Pamiętam Olgę Busuioc z Operaliów z roku 2011. Sięgnęłam do notatek, by sprawdzić w jakim repertuarze czuła się wtedy najpewniej. Byłam zachwycona arią Rusałki, pięknym prowadzeniem frazy i muzykalnością właśnie. W jej programie znalazł się także Puccini („Suor Angelica”, „Cyganeria”) oraz Czajkowski. Oczywiście nie mogło zabraknąć zarzueli – w tej kategorii artystka zdobyła I nagrodę (ex aequo z Pretty Yende), a w nurcie głównym konkursu II miejsce. Potem był jeszcze występ i wygrana w naszym rodzimym Konkursie Moniuszkowskim czy Wiedeńskim Belvedere.

Krzysztof Kozarek (Spoletta), Dominik Sutowicz (Cavaradossi), Olga Busuioc (Tosca) i Krzysztof Szumański (Scarpia) © Andrey Rafael
Krzysztof Kozarek (Spoletta), Dominik Sutowicz (Cavaradossi), Olga Busuioc (Tosca) i Krzysztof Szumański (Scarpia) © Andrey Rafael

W partię Mario Cavaradossiego wcielił się doskonale znany krakowskiej publiczności Dominik Sutowicz. Niestety, po jego występie miałam spory niedosyt. Początkowo odnosiłam wrażenie, że artysta jest nierozśpiewany, jakby wpadł do teatru w ostatniej chwili, ale przy tak doświadczonym i sprawnym zawodowo śpiewaku to wykluczone. A jednak zmagał się z partią, nie mógł w nią wskoczyć, był jakby obok. Nie znam przyczyny, solidne rzemiosło pozwoliło, oczywiście, na wykonanie roli, ale jedynie w kilku fragmentach Sutowicz był prawdziwym Mario. Chyba najlepiej wypadł w ostatnim duecie „O dolci mani…”.

Podobnie Michał Kutnik – Angelotti oraz Wołodymyr Pańkiw – Zakrystianin. Obaj sprawni aktorsko, gorzej wokalnie. Okrutnym baronem Scarpią był Krzysztof Szumański. Jego występ okazał się nierówny, czasami brakowało konsekwencji w działaniu, wyrazistości, zwłaszcza w pierwszym akcie. Ten pierwszy akt w ogóle był dość chaotyczny i nieco pozbawiony emocji. Chwilami gubiła się interakcja, nie było zaangażowania, żarliwości. Jakby trwały dopiero poszukiwania rozwiązań scenicznych a nie prezentacja premierowa dopracowanego spektaklu. Dopiero kulminacyjne „Te Deum” wzmogło napięcie – pojawiła się groza, strach, nawet przerażenie. Jakby monumentalna muzyka przebudziła wykonawców i wprowadziła na wyższy poziom emocjonalny.

Krzysztof Szumański (Scarpia) © Andrey Rafael
Krzysztof Szumański (Scarpia) © Andrey Rafael

Scarpia w akcie drugim był już znakomity aktorsko. Przebiegły, brutalny, odrażający i bezwzględny, a więc wreszcie wiarygodny, w zgodzie z zamysłem roli. Nie do końca przekonał mnie jednak wokalnie. Gdybym zamknęła oczy jedynie słuchając, obawiam się, że zabrakłoby głębi, siły wyrazu, dramaturgii i takiej nieuchwytnej, aczkolwiek w tej partii koniecznej, wyższości, poczucia siły, nieomylności, przekonania o własnej potędze opartej na terrorze, strachu, nieograniczonej niczym władzy i systemie bazującym na bezwzględnej inwigilacji, kontroli, podporządkowaniu otaczającego świata własnym ambicjom i żądzom. By taki odbiór był możliwy potrzebny jest baryton o potężnej skali, nośności lub mocniejszej dynamice.

Orkiestra pod batutą Andriya Yurkevycha grała nadzwyczaj uważnie, idealnie wkomponowując się w całość, pozostając w roli akompaniatora towarzyszącego solistom i chórom. Ta całkowita jedność w tkance muzycznej dała znakomity efekt w postaci spójnego obrazu mieniącego się odcieniami brzmieniowymi. Ujmowała subtelność z jednej strony, natężenie oraz głębia z drugiej. Jakby dźwięki płynęły wydobywane lekko i mimochodem, harmonijnie przechodząc w momenty kulminacji oraz potężnej ekspresji.

Andriy Yurkevych dyryguje „Toską” w Operze Krakowskiej © Andrey Rafael
Andriy Yurkevych dyryguje „Toską” w Operze Krakowskiej © Andrey Rafael

Orkiestra grała w ciepłej, miękkiej barwie, czego wcześniej nie słyszałam w tym zespole. Widać ręka Maestro Yurkevycha potrafiła wydobyć ukryte dotąd walory krakowskich muzyków. Swoją drogą jest coś fascynującego w plastyce zespołów orkiestrowych i ich pracy pod batutą różnych osobowości, dyrygentów, którzy proponują, a niekiedy narzucają własną muzyczną wizję dzieła i wymagają konkretnych rozwiązań. W tym przypadku rezultat wspólnej pracy okazał się znakomity.

Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕

Postaw kawę
reklamaspot_img
reklamaspot_img
reklamaspot_img
reklamaspot_img
reklamaspot_img

Również popularne