Upojna woń kwitnącej glicynii, jej elegancka, zmysłowa słodycz i nieco, delikatnie rzecz ujmując, drapieżny charakter (pnącze rośnie jak szalone i wypełnia w mgnieniu oka każdą napotkaną przestrzeń) – oto inspiracja do najnowszej premiery Opery Krakowskiej. „Wiedeńska krew” Johanna Straussa-syna wieńczy sezon artystyczny a jednocześnie otwiera Letni Festiwal Operowy.
Kraków ma wspaniałe wspomnienia i tradycje związane z operetką, niemniej ten gatunek muzyczny pojawia się pod Wawelem sporadycznie. Na afiszu widnieje jedynie „Zemsta nietoperza” – leciwa inscenizacja w reżyserii Janusza Józefowicza. Ilekroć pojawia się pomysł realizacji nowej produkcji operetkowej, melomanów rozgrzewa dyskusja nad formą, miałkością i powierzchownością libretta, słowem pojawia się dylemat, czy w dzisiejszych czasach jest jeszcze sens sięgania po tytuły, które zdawać by się mogło, przeminęły wraz z fin de siècle? A jednak wciąż odżywa tęsknota do dobrze znanych melodii, łatwo wpadających w ucho arii i duetów, walców, kankanów, galopów czy polek. Na operetkę patrzymy więc z przymrużeniem oka, jakby z dystansu, aczkolwiek ochoczo nucąc popularne fragmenty… Wszystko zależy zatem od pomysłu realizatorów, bo to ich zadanie, by wykreować na bazie formy „trącącej myszką”, przedstawienie atrakcyjne, zabawne, lekkie.

Ryzyko podjął, znany krakowskiej publiczności z bardzo udanej inscenizacji „Aidy”, włoski reżyser i choreograf Giorgio Madia. Jego sposób widzenia spektaklu jako takiego bardzo mnie przekonuje. Jest nacechowany mediolańskim sznytem, bardzo logiczny, prosto i konsekwentnie prowadzony, z nutą dobrze pojętej nonszalancji, wyważonymi proporcjami, często zarysem a nie dosłownością, której jako widz w teatrze nie lubię. Nie oznacza to wcale, że szkice są pozbawione precyzji. Przeciwnie, odnoszę wrażenie, że Madia nie zostawia miejsca na improwizację. Każdy detal jest starannie zaplanowany. Liczy się gest, sposób poruszania, wyrazistość. Wszystko podkreślone idealnie prowadzonym światłem, także zaprojektowanym przez reżysera.
Za scenografię i kostiumy odpowiedzialna była Estonka Maarja Meeru. Jej propozycja mnie zachwyciła. Pełna elegancji, nieco eteryczna, trochę baśniowo odrealniona i przede wszystkim – umowna. Girlandy fioletowych kwiatów glicynii wyczarowały nastrój nie tylko urzekający pełnią wiosny (jaka szkoda, że nie było czuć tych cudownych zapachów kwitnących wisterii!), ale też spowodowały, że niewielka scena teatru nabrała głębi, optycznie wydawała się znacznie bardziej przestrzenna, a to z kolei dało oddech i ową lekkość. Wreszcie udało się też wykorzystać obrotową scenę, która niby była na wyposażeniu teatru, ale popsuta… Ten dodatkowy ruch spotęgował dynamikę poszczególnych scen zgodnie z wirującym walcem. Zgrabnie wplecione elementy architektoniczne, biblioteka, kilka mebli czy donic wypełnionych roślinami, bibeloty, przywołały klimat Wiednia poprzedniej epoki. Jesteśmy zatem w stolicy Cesarstwa podczas Kongresu w roku 1815. Na salony wkracza elita polityczna, by ustanawiać nowy porządek Europy po upadku Napoleona. Sale balowe, parki i skwery opanowuje frywolny i „nieprzyzwoity” taniec – walc. Wraz z nim następuje znaczne „ożywienie” obyczajów. I tak wkraczamy w Straussowską komedię pomyłek, zdrad, nieporozumień. Humor sytuacyjny i werbalny przewija się we wszystkich trzech aktach, strukturą przypominając słynną „Zemstę nietoperza”.

Operetka wymaga ogromnej wszechstronności wykonawczej. Poza doskonałym przygotowaniem muzycznym konieczna jest swoboda aktorska, charme, wdzięk sceniczny, znakomita dykcja (całość jest w polskiej wersji językowej). Choć wszystko wygląda ładnie, lekko i przyjemnie dla odtwórców nawet partii epizodycznych, nie wspominając o protagonistach, poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko. Przeplatanie dialogów czy monologów mówionych z tymi śpiewanymi, taniec, utrzymanie napięcia dramatycznego powoduje, że nie każdy artysta z nurtu stricte operowego odnajdzie się w roli przynależnej operetce.
Podczas premierowej obsady w partię Gabrielle wcieliła się Małgorzata Trojanowska. Jej postać nacechowana jest ironią, nadzwyczajną wyrozumiałością wobec męża – „skaczącego z kwiatka na kwiatek” niczym Don Juan hrabiego Zedlau. Wokalnie bardzo równa, pewnie prowadząca frazę, swobodna. Adam Sobierajski jako uwodzicielski hrabia był przekonujący scenicznie, aczkolwiek nieco siłowe operowanie niezbyt nośnym tenorem, sprawiało wrażenie nieustannej walki z materią śpiewu. Karolina Wieczorek obdarzona ostrym w brzmieniu sopranem, jako była tancerka i kochanka hrabiego – Franzi, była całkowitym przeciwieństwem dystyngowanej Gabrielle. Obie finalnie zawarły sojusz w intrydze mającej obnażyć kolejną niegodziwość hrabiego Zedlau – uwiedzenie szwaczki Pepi. Zuzanna Caban okazała się pełną wdzięku i talentu aktorskiego (oraz baletowego) Pepi. Znakomitym Josefem – zaufanym lokajem hrabiego był Jarosław Bielecki. „Ja zawsze mówię, jak jest” powtarzał wielokrotnie Josef, więc zrobię to samo – powiem, jak jest: Jarosław Bielecki bryluje w operetce. Ta nieco lżejsza w odbiorze od operowej forma muzyczna jest jego żywiołem. Artysta czuje się pewnie. Bawi publiczność i samego siebie chyba też.

Michał Kutnik znany jest z talentu komediowego. Nic zatem dziwnego, że jako niezdarny Premier rozśmieszał do łez. Świetny był Kagler Jarosława Dijuka, komiczny Fiakier Sebastiana Marszałowicza, Bitowski Rafała Pawłowskiego. W mniejszych rolach: Anny wystąpiła Kamila Mędrek Żurek i Oberżysty – Dariusz Palonek. Orkiestrę Opery Krakowskiej poprowadził Jacek Boniecki (Dyrektor Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”). Muzycy grali sprawnie, ale rzemieślniczo. Zabrakło blasku, siły wyrazu. Tym razem akompaniowali nie będąc partnerem w dialogu a jedynie tłem. Może jestem zbyt wymagająca, ale co roku 1 stycznia słucham Koncertu Noworocznego z Wiednia… Nie do końca rozumiem wprowadzenie na kształt uwertury „Marsza Radetzkyego”, choć rozpoznawalność i popularność utworu Johanna Straussa – ojca jest niezaprzeczalna a publiczność natychmiast reaguje wyklaskując rytm. „Wiedeńska krew” jest swego rodzaju kompilacją utworów pochodzących z różnych okresów twórczych Johanna Straussa – syna (sam kompozytor nie doczekał premiery).

Niemniej pomimo takiego składankowego charakteru, utwór pozostaje spójny pod względem muzycznym i dramaturgicznym. Akcja toczy się wartko a piękno muzyki na długo pozostaje w pamięci słuchaczy. Opera Krakowska po raz kolejny udowodniła, że ryzyko się opłaca – idąc pod prąd trendom, zaproponowała efektowny spektakl, który z całą pewnością będzie się cieszyć powodzeniem, bo publiczność wciąż kocha operetkę i na nią czeka!
Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



