REKLAMA

Z krainy uśmiechu do krainy płaczu – operetka Lehàra w Mazowieckim Teatrze Muzycznym

Miło zaskoczyła mnie „Kraina uśmiechu” Franza Lehàra w reżyserii Wojciecha Adamczyka, wyprodukowana przez Mazowiecki Teatr Muzyczny im. Jana Kiepury w Warszawie. Spektakl zrywa ze sztampową „operetą”, więc można go polecić nie tylko miłośnikom tego gatunku, ale także osobom, które lubią komedie romantyczne. Najlepsza w przedstawieniu jest pełna temperamentu i dysponująca urzekającym sopranem Natalia Rubiś.

Mamy tu dwie pary głównych bohaterów. W roli Su-Czonga zobaczyłem Dawida Kwiecińskiego, natomiast jako Liza wystąpiła Natalia Rubiś. Stworzyła niesłychanie intrygującą postać kobiety z krwi i kości, zrywając z tradycją sztucznej gry operetkowej, schematycznej postaci damy. Jej Liza jest młodą kobietą, zafascynowaną chińskim księciem, bez wiedzy na temat jego prawdziwego „ja”.

Przypomniała mi się bestsellerowa autobiograficzna książka Amerykanki Betty Mahmoody (i dramatyczny film Briana Gilberta z 1991 roku). Betty poślubiła w USA przystojnego Irańczyka i urodziła córkę. Po kilku latach wyjechali do Iranu, aby odwiedzić bliskich męża, ale na miejscu okazało się, że islamska rodzina nie wyraża zgody na jej powrót do USA. Zabrano Betty paszport i córkę, znęcano się nad nią psychicznie i fizycznie. Kobieta postanowiła uciec z czteroletnim dzieckiem, co było prawie niemożliwe, ale ostatecznie się udało.

​Libretto „Krainy uśmiechu” nie przedstawia takiego okrucieństwa, ale niemal z dnia na dzień wszystko się zmieniło po przyjeździe do Chin. Książę staje się zakładnikiem praw uświęconych kilkoma tysiącami lat tradycji. Liza, buntująca się przeciwko tym zwyczajom, zostaje uwięziona w pałacu. Grozi jej nawet zesłanie do twierdzy w górach.

„Kraina uśmiechu” w MTM. Figurkę Buddy ogląda Natalia Rubiś (Liza) © Karpati&Zarewicz
„Kraina uśmiechu” w MTM. Figurkę Buddy ogląda Natalia Rubiś (Liza) © Karpati&Zarewicz

Prawdziwie i współcześnie zabrzmiały rozterki Lizy, która odkrywa despotyczną naturę Su-Czonga. On natomiast zasłania się obowiązkiem wobec poddanych. Prawa i tradycji strzeże despotyczny wuj księcia Czong (przekonujący Sławomir Grzymkowski). Nakazuje mu poślubić cztery dziewice z arystokratycznych chińskich rodów, nie uznając małżeństwa z europejską kobietą. W końcu Su-Czong ulega, a Liza dowiaduje się o tym przez przypadek. Dumna Europejka zaczyna nienawidzić swojego męża i marzy o powrocie do Wiednia. Ucieczka jednak jest prawie niemożliwa. Kraina uśmiechu zamienia się dla niej w krainę płaczu, choć Liza nie jest tutaj sentymentalną, wzdychającą bohaterką, lecz raczej odważną kobietą, która płacze tylko wtedy, gdy nikt nie widzi.

Na ratunek Lizie przybywa jej przyjaciel Gustaw von Pottenstein, zwany Guciem. Widziałem w tej roli Jakuba Milewskiego. Młody artysta ma głos barytonowy o pięknej lirycznej barwie. Reżyser wykorzystał jego komediowy potencjał. W pierwszym akcie Gucio złości się trochę jak dzieciak, który nie dostał zabawki. Rzuca kwiaty, które zamierzał podarować Lizie, ale ona jest zaintrygowana bardziej egzotycznym prezentem (figurką) od Su-Czonga. Kiedy Liza udaje się do Chin, Gucio trafia tam do placówki dyplomatycznej, aby być blisko niej. Gdy przybywa na dwór księcia, okazuje się przestraszonym młodzieńcem, walczącym ze swym lękiem. Trudno ​uwierzyć, że jest oficerem.

Jakub Milewski (Gustaw) © Karpati&Zarewicz
Jakub Milewski (Gustaw) © Karpati&Zarewicz

Kreowana przez Milewskiego postać nawiązuje do wielowiekowej tradycji w kulturze europejskiej: tchórzliwego żołnierza samochwała z komedii Plauta, rubasznego Falstaffa ze sztuk Szekspira czy sympatycznego Zagłoby z trylogii Sienkiewicza. Gucio jest postacią komediowo-farsową i ma złagodzić chwilami ciężkie melodramatyczne sceny z udziałem Lizy, księcia i jego wuja. Jest w tym zabawny, choć w swojej interpretacji trochę za bardzo idzie w stronę księcia z baśni dla dzieci. Jego przewracanie oczami czy chowanie się za spódnicą Lizy jest już nie z tej bajki.

Ciekawą postacią jest również Eunuch, zwykle dość monotonnie przedstawiany jako mężczyzna mówiący wysokim głosem, wręcz falsetem, od początku do końca taki sam. Natomiast Witold Wieliński pokazał, że można stworzyć z tej rólki wieloznaczną kreację. Chwilami aktor wychodzi z roli, mówiąc niskim głosem i dobitnie, co może świadczyć o tym, że wcale eunuchem nie jest, tylko udaje. Mówi przecież, że eunuchami byli również jego ojciec i dziadek, co powinno nas zastanowić. Jego poruszanie się na scenie i gestykulacja są zabawne. Ma w sobie jednak też coś drapieżnego i nieodgadnionego. Natomiast Marek Lewandowski dobrze wcielił się w poczciwego Hrabiego Lichtenfelsa w pierwszym akcie.

Marek Lewandowski (Hrabia Lichtenfels) i Natalia Rubiś (Liza) © Karpati&Zarewicz
Marek Lewandowski (Hrabia Lichtenfels) i Natalia Rubiś (Liza) © Karpati&Zarewicz

Dawid Kwieciński zaśpiewał w oglądanym przeze mnie spektaklu z kulturą i precyzją. Jego tenorowy liryczny głos ma piękną barwę. Zwróciłem na niego uwagę kilka lat temu, gdy wystąpił w światowej prapremierze „Złotego runa” Aleksandra Tansmana na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi w reżyserii Marii Sartovej. Zagrał Wielkiego Łowczego Cmentarza Niehonorowanych. Przedstawienie stało się dużym sukcesem i wydarzeniem o skali międzynarodowej, jednak niestety szybko zeszło z afisza…

Kwieciński jako Su-Czong dusi się w gorsecie tyrana. W pierwszym akcie pokazuje swoje delikatne oblicze, a potem można odnieść wrażenie, że działa trochę wbrew sobie. W końcu godzi się na odejście Lizy. W tej scenie jest przekonujący, jednak aktorowi brakuje chwilami jeszcze scenicznego doświadczenia, choć potencjał ma spory. Nie stworzył wielowymiarowej postaci, ale pewnie z każdym kolejnym spektaklem będzie lepiej.

Sławomir Grzymkowski (Czong), Dawid Kwieciński (Su-Czong) i Marta Studzińska (Mi) © Karpati&Zarewicz
Sławomir Grzymkowski (Czong), Dawid Kwieciński (Su-Czong) i Marta Studzińska (Mi) © Karpati&Zarewicz

Natalia Rubiś dysponuje sopranem lirico-spinto. Chwilami jednak jej głos brzmiał nieco za ostro. Może to być jednak związane z faktem, że niestety w Mazowieckim Teatrze Muzycznym jesteśmy zmuszeni do słuchania operetki nagłaśnianej przy pomocy mikroportów i mikrofonów. Sala kinowa wygłusza scenę, więc bez nagłośnienia pewnie nie dałoby się z kolei usłyszeć wszystkich głosów. Rubiś ma duże możliwości wokalne i występuje z powodzeniem w teatrach operowych. Niełatwa partia Lizy nie sprawia jej więc żadnych trudności. Śpiewała już Halkę w Warszawie i Wrocławiu oraz Donnę Elvirę w „Don Giovannim” (Warszawska Opera Kameralna) czy Hrabinę Almaviva w „Weselu Figara” (Teatr Wielki w Łodzi). Ma do tego niezwykłą swobodę aktorską, więc stała się najlepszą artystką w tym przedstawieniu.

Zaskakujące jest to, że w tym spektaklu nie ma miłości. Natalia Rubiś odbija się od Dawida Kwiecińskiego, który nie potrafi nas przekonać, że faktycznie kreowany przez niego książę zakochał się w Lizie. Może było to chwilowe zauroczenie. W związku z tym w ich rozstaniu nie ma żadnego dramatyzmu, jedynie ulga, że Liza może wreszcie wrócić do Europy. Jakub Milewski nie przekonuje, że Gucio zadurzył się w Lizie, a potem w Mi, z którą grał w tenisa. Bardziej przypominają bawiącą się młodzież niż rodzące się uczucie. Nie pomaga w tym fakt, że rola Mi została ustawiona bardziej jak złośnica z bajki niż sentymentalna dziewczyna, choć śpiewana jest starannie przez Martę Studzińską. Niepotrzebnie jednak udaje dziecko, ponieważ jest już mocno wyrośniętą panną.

Na pierwszym planie Marta Studzińska (Mi) © Karpati&Zarewicz
Na pierwszym planie Marta Studzińska (Mi) © Karpati&Zarewicz

Bohaterem spektaklu są fascynujące kostiumy Marii Balcerek, zrealizowane z niezwykłą precyzją i bogactwem. Jest to prawdziwy pokaz mody europejskiej i inspirowanej Azją. Ciekawym tłem są dekoracje i piękne projekcje multimedialne Zuzanny Grzegorowskiej, które wyczarowują z niewielkiej przestrzeni sceny MTM różne miejsca akcji. Choreografia Zofii Rudnickiej jest dyskretna, ponieważ nie ma tu wielkich tanecznych popisów, ale wszystko do siebie pasuje. Poza tym nie da się na tak małej scenie pokazać baletu.

Kameralną orkiestrę poprowadził z precyzją i finezją Ruben Silva. Pamiętam, jak ten świetny dyrygent mówił, że nie da się zagrać operetki w 20 osób, a jednak da się, jak nie ma innego wyjścia, ponieważ więcej muzyków by się nie zmieściło przed sceną MTM.

Publiczność wychodziła ze spektaklu wzruszona. Warszawska „Kraina uśmiechu” wciąga, a muzyka porywa. Można łatwo odczuć, jak blisko było Leharowi do stworzenia opery à la Puccini. Zatrzymał się w pół drogi, ale i tak stworzył wybitne dzieło, a inscenizacja (i adaptacja) Wojciecha Adamczyka dała tej smutnej operetce nowe życie.

Sławomir Grzymkowski (Czong) © Karpati&Zarewicz
Sławomir Grzymkowski (Czong) © Karpati&Zarewicz
reklamaspot_img
reklamaspot_img
reklamaspot_img
reklamaspot_img

Również popularne