W Pawilonie Koncertowym na dziedzińcu Zamku Królewskiego zebrały się tłumy. Wesoły gwar gawędzącej widowni szybko ucichł pod wpływem niemniej wesołej „Suity Amerykańskiej” Antonina Dvořáka, który – choć spędził w Stanach Zjednoczonych relatywnie niewiele czasu – zafascynował się ich folklorem, a jego IX Symfonia położyła podwaliny pod amerykańską muzykę symfoniczną. Symfonię tę mogliśmy usłyszeć zaledwie tydzień temu na Centralnym Placu Muzyki; tym razem wykonawcy postawili na dzieło mniej znane, ale zarazem takie, któremu nie brakuje uroku. Suita łączy w sobie tradycje amerykańskie i słowiańskie, jest niezwykle ilustracyjna i przenosi słuchacza jednocześnie na westernowe stepy i do tętniącej życiem metropolii Nowego Jorku. Sinfonia Iuventus płynnie przechodziła między dynamikami, meandrowała w morzu barw i wychodziła obronną ręką ze spotkania z tanecznymi rytmami każdej z pięciu części; szczególnie dobrze wypadły tak charakterystyczne dla Dvořáka instrumenty dęte.
Bardziej kłopotliwy był drugi zagrany utwór, mianowicie „Portret Lincolna” Aarona Coplanda, jednego z czołowych kompozytorów amerykańskich XX wieku. W tę muzyczną wizytówkę byłego prezydenta USA wplecione były także mówione fragmenty jego przemówień. Mimo dojrzałego wykonania partii orkiestrowej oraz dużego wyczucia narratora (w tej roli Bartosz Bielenia), fragment ten wybrzmiał nieco groteskowo – może z uwagi na aktualny klimat polityczny zarówno za oceanem, jak i na naszym poletku. On także wyjawił szerszą zagwozdkę związaną z programem koncertu – czy pierwsza w programie koncertu pojawiła się muzyka czy idea świętowania amerykańskich urodzin? Taka dość polityczna celebracja wydała mi się dość zadziwiająca, a słowa Lincolna, w dobie bankructwa demokracji, miały wydźwięk jednocześnie smutny i absurdalny.

Szybko jednak zapomniałam o tej zagwostce, gdy na scenie pojawiły się gwiazdy wieczoru – bracia Lee, znani i uwielbiani na scenie polskiej głównie przez swoje nietuzinkowe interpretacje Chopina. Na tym koncercie jednak zaprezentowali zgoła inny repertuar – pierwszy z nich, Hyuk Lee, wykonał Koncert G–dur Maurice’a Ravela, inspirowany jazzowym i bluesowym stylem amerykańskim. Lee sprawnie wygrywał kolejne pasaże, a samemu fortepianowi nadał tak bogatą fakturę, że instrument momentami brzmiał, jakby kryły się w jego wnętrzu inne przyrządy grające; widownię zaczarował także liryczny dialog fortepianu z klarnetem. Mnie jednak najbardziej urzekła kołysankowa, bluesowa część druga, w której instrument prowadzący nabrał nowej, czułej i intymnej jakości – czasami przecież to w prostocie leży najwięcej trudności. Pianista zachwycił spokojem, opanowaniem i cichą wirtuozerią, z jaką grał utwór.

Odwrotnie było w przypadku drugiego brata – Hyo Lee, po opanowaniu pierwszych nerwów, dał popis godny prawdziwego showmana. Takiej też persony scenicznej wymagał od niego utwór – słynna „Błękitna Rapsodia” Gershwina, która od lat zachwyca rozmachem, przewrotnym połączeniem jazzu i klasyki oraz kalejdoskopowością ideo muzycznych. Pianista poradził sobie koncertowo – w jego wykonaniu spotkały się łatwość i precyzja, swingowość i dokładność, a wszelkie bluenotes zagrane były z wielkim zrozumieniem materiału. Takiego wykonania nie powstydziłby się nawet Gershwin.

Gratką dla fanów okazały się bisy obydwu braci, a zwłaszcza „Taniec Węgierski” Brahmsa zagrany na cztery ręce w atmosferze ogólnej wesołości panującej na Zamku Królewskim. Tak radosne otwarcie to najlepsza reklama Ogrodów Muzycznych, w ramach których czeka nas jeszcze wiele ciekawych koncertów. Zdecydowanie warto się na nie wybrać.
Tekst powstał w ramach projektu „Młodzi krytycy ORFEO”, realizowanego przez ORFEO Fundację im. Bogusława Kaczyńskiego we współpracy z Instytutem Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



