Teatrem Wielkim im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu kieruje już czternasty sezon Renata Borowska-Juszczyńska. Pamiętam jak na początku, w 2012 roku i jeszcze nieco później, byłem nieufny, bywałem krytyczny, nie wszyscy realizatorzy (przede wszystkim reżyserzy) mnie przekonywali swoimi odbiegającymi od litery libretta produkcjami, niektóre inscenizacje uważałem za niezrozumiałe albo nawet bezsensowne („Halka”). Ale nigdy nie były nudne. W dodatku z roku na rok, z sezonu na sezon ten teatr się rozwijał i coraz bardziej przekonywałem się do tego, co oglądam. Zdarzało się zresztą, że niektóre realizacje były bliskie tradycji (np. „Jenufa” Janačka), większość jednak uwspółcześniona po to, żeby trafić do młodego widza. I to nie naiwnie tylko – po prostu przez odzianie np. bohaterów „Fausta” Gounoda we współczesne kostiumy – lecz poprzez nowe odczytanie dawnych historii przez pryzmat wrażliwości współczesnego widza, przeżywającego świat inaczej niż dajmy na to XIX-wieczna publiczność.
Taki był rewelacyjny „Straszny dwór”, którego reżyserka – Włoszka Ilaria Lanzino – pokazała symbolicznie zderzenie dwóch polskich światów: nostalgicznego, zakorzenionego mentalnie w czasach saskich (sarmatyzm), ze współczesnym – obyczajowo swobodnym. „Straszny dwór” Miecznika jest tu zatem obcy i niepojęty, a więc „straszny” dla Stefana, Zbigniewa, Macieja i Cześnikowej, bo przenieśli się za sprawą teatralnej czarodziejskiej różdżki z Rzeczpospolitej Polsko-Litewskiej XVIII wieku prosto do Unii Europejskiej. Dzięki takim przedstawieniom teatr jest stale pełny. Wiem, bo bywam nie tylko na premierach.

Otrzymuje też nagrody. W 2023 roku Teatr odebrał International Opera Award w kategorii „Dzieło Odkryte na Nowo” za inscenizację „Jawnuty” Stanisława Moniuszki w reżyserii i choreografii Ilarii Lanzino, pod kierownictwem muzycznym Rafała Kłoczko. To drugie wyróżnienie dla opery w Poznaniu, w 2021 roku „Paria” Stanisława Moniuszki w reżyserii Grahama Vicka i pod kierownictwem muzycznym Gabriela Chmury została uhonorowana tą prestiżową nagrodą w tej samej kategorii. Warto podkreślić, że produkcje Teatru Wielkiego w Poznaniu często goszczą na platformie OperaVision – w ostatnich sezonach „Manon Lescaut” Pucciniego i „Otello” Verdiego, teraz „Hrabina Moniuszki.
Oczywiście moje wrażenia i odczucia są z natury rzeczy subiektywne jak każdego krytyka, czy po prostu widza, chociaż oparte na rzetelnej wiedzy i doświadczeniu. Ktoś inny, mający inną wrażliwość, może oceniać inaczej i ma do tego święte prawo.
Najwięcej dała mi prawie coroczna obecność na najważniejszym festiwalu na świecie – w Salzburgu, gdzie po raz pierwszy zostałem zaproszony w 1985 roku przez ówczesnego generalnego dyrektora (Generaintendant) Otto Sertla po zrobieniu z nim w Polsce wywiadu do mojego programu telewizyjnego.

Tam opera zajmuje istotne miejsce. Co roku są przygotowywane 3-4 nowe produkcje najwybitniejszych reżyserów z udziałem najsłynniejszych dyrygentów i najlepszych śpiewaków na świecie. Festiwal jest bardzo bogaty i stać go na nich. A realizuje dewizę założycieli (m.in. Richard Strauss, Hugo von Hofmannsthal, Max Reinhardt): pokazywać to, co najlepsze, w najlepszym wykonaniu i możliwie najlepiej. Tam mogłem śledzić jak w soczewce – oglądając co roku przeważnie sześć przedstawień – jaki jest aktualnie teatr operowy na świecie. Jaka jest estetyka i sposób myślenia twórców. Bo one się przecież zmieniają wraz z upływem czasu. Inny był teatr operowy (w sensie inscenizacji oczywiście, nie poziomu muzycznego) czterdzieści lat temu, gdy byłem tam pierwszy raz, inny dwadzieścia lat temu i inny jest dzisiaj.
W moim 40-tym, jubileuszowym roku goszczenia na Festiwalu spełniono – tak mi napisano i zrobiono – wszystkie moje życzenia. Dostałem zaproszenia aż na osiem przedstawień, czyli widziałem wszystkie produkcje pokazane w 2025 roku.
Piszę to z pełną odpowiedzialnością, ale oczywiście na własny rachunek, że ten rodzaj teatru operowego, jaki realizuje dzisiaj – a właściwie od lat – Renata Borowska-Juszczyńska w Poznaniu to dokładnie to, co pokazuje się w Salzburgu, a więc i na całym świecie. Niech nikogo nie zmyli fakt, że pojechał na przykład do La Scali, Metropolitan Opera czy Wiener Staatsoper i tam zobaczył tradycyjne inscenizacje w świetnym wykonaniu. Ale czy zwrócił uwagę, jak długo są już na afiszu? W mediolańskiej La Scali ciągle jeszcze można obejrzeć legendarny spektakl Franca Zeffirellego Pucciniowskiej „Cyganerii” z 1963 roku, wtedy pod batutą Herberta von Karajana z młodziutką Mirellą Freni i Giannim Raimondim (Giuseppe di Stefano się obraził za to, że nie dostał partii Rudolfa). I świetnie, bo przedstawienie to jest na swój sposób rewelacyjne i zawsze wzrusza. Tak jak genialna jest „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci, ale co z tego? Teatr operowy nie może być muzeum. Rozwija się jak każda sztuka. Przy czym i twórcy i angażujący ich dyrektorzy mają prawo do błędów. Ostateczna ocena zawsze należy do publiczności. Trzeba umieć wyczuwać najnowsze prądy estetyczne i iść z duchem czasu. To właśnie robi obecna dyrektorka Teatru Wielkiego w Poznaniu.

Przy tym miała i ma wspaniałych współpracowników, których sama dobiera jak malarz dobiera barwy. Wśród reżyserów chlubą jest choćby David Pountney, a wśród dyrektorów muzycznych i dyrygentów błyszczą nazwiska takich sław jak śp. Gabriel Chmura, Marco Guidarini i obecnie Jacek Kaspszyk. Podobnie jest ze śpiewakami.
Renata Borowska-Juszczyńska ma jednego wyjątkowo zaciętego, a do tego wpływowego wroga. To Sławomir Pietras. Jego bronią są cotygodniowe felietony w „Angorze”. A pióro ma znakomite i zazwyczaj pisze barwnie oraz ze swadą. Ale nieustannie rozgrywa jakieś swoje wojenki atakując bez pamięci takie sławy jak nieżyjące już Marię Fołtyn i Ewę Podleś, czy teraz przy każdej możliwej okazji, a nawet bez okazji – Mariusza Trelińskiego. Bywa, że zaczepi a to Ewę Michnik, a to Ewę Wycichowską z powodu jakichś sobie tylko dzisiaj znanych, dawno minionych konfliktów.
Ze Sławkiem znamy się dokładnie 60 lat. Gdy byłem na I roku studiów prawniczych w Poznaniu – on też na prawie, bodaj rok wyżej, chociaż jest ode mnie kilka lat starszy – wstąpiłem do założonego przez niego Towarzystwa Przyjaciół Opery. Zaprzyjaźniliśmy się, ale była to znajomość burzliwa, ze wzlotami i upadkami jak sinusoida. Zazwyczaj nie wiedziałem, dlaczego akurat przestał mnie lubić, a potem nagle ni stąd ni zowąd znowu polubił. Gdy przez ponad 20 lat miałem autorski program telewizyjny o operze „Wokół Wielkiej Sceny”, a Sławek był dyrektorem któregoś z kolejnych teatrów operowych, to na płaszczyźnie profesjonalnej zawsze była wzorowa współpraca i pomoc, bo w końcu obu nam chodziło o dobro opery – sztuki, którą obaj kochamy.

Ale nie rozumiem jego zawziętych ataków akurat na jego następczynię w Teatrze Wielkim im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu. Chyba że właśnie o to chodzi, że jest sukcesorką, a robi teatr odmienny, nowocześniejszy (Sławek ma moim zdaniem dość staroświecki gust operowy, rodem z czasów naszej młodości) i ma sukcesy znaczone prestiżowymi nagrodami międzynarodowymi. Zaatakował ją już w 2012 roku, zanim jeszcze cokolwiek zdążyła zrobić. Mało tego, mnie namawiał do wspólnej akcji przeciwko nowej dyrektor, której jeszcze nie znałem. Odmówiłem. Domyślam się, że miał jakiegoś swojego kandydata, którego nie udało mu się wprowadzić. I teraz pewnie też ma.
Sławomir Pietras może uwodzić czytelników barwnymi anegdotami, często przez siebie zmyślonymi. Nie jest nudny. Nawet w swoich rozgrywkach personalnych, bo język ma wężowo giętki. To taki mini Machiavelli opery.
Czytuje się go często, choć nie zawsze ( bo czasem zajmuje się sprawami, które mało kogo obchodzą), z zainteresowaniem. Robią to szczególnie i regularnie różni ciekawscy, chcący koniecznie wiedzieć, komu tym razem przyłożył albo kogo pochwalił? A Pietras po prostu wystawia cenzurki nie troszcząc się o choćby jedno zdanie uzasadnienia.
Ale nie wolno dać się zwieść, bo to intrygant pierwszej wody, często skuteczny. Nie odmawiam mu wiedzy o operze. Jest szeroka, ale powierzchowna. Ten pogląd podzielało i podziela wielu znanych mi artystów operowych. Pietras jako 83-letni Matuzalem opery w Polsce chce uchodzić za jej papieża. Ale tak naprawdę jest tylko bajarzem ludowym, który akurat zajął się operą.

