Niekończąca się uczta muzyczne w Warszawie
Ostatnie miesiące w Warszawie to właściwie nieustanna uczta muzyczna. Jedno wydarzenie przechodzi w drugie, festiwale nakładają się na siebie, artyści wędrują pomiędzy scenami, a publiczność – wbrew obawom, że „wszystkiego jest za dużo” – wciąż chce więcej.
Zanim jednak przejdę do fenomenu, jakim okazała się druga edycja Break in Classic, warto naszkicować to, co wydarzyło się wcześniej. Jubileuszowy, 35. Festiwal Mozartowski Warszawskiej Opery Kameralnej rozpoczął się w maju 2026 roku. Tegoroczna edycja, związana z obchodami 65-lecia instytucji, trwała kilka tygodni, a do jej najważniejszych wydarzeń należały nowa produkcja „Così fan tutte” oraz koncertowe wykonanie „Don Giovanniego” z udziałem Andrzeja Filończyka, Krzysztofa Bączyka i Adama Palki – artystów występujących na najważniejszych scenach świata, w tym w Metropolitan Opera.

Wielkim wydarzeniem był także występ Joyce DiDonato podczas Mozart Night. Gala zamykająca Festiwal Mozartowski odbyła się już w ramach Centralnego Placu Muzyki – nowego projektu na mapie Warszawy, organizowanego przez Teatr Studio i łączącego stołeczne instytucje muzyczne. Wśród wydarzeń szczególne miejsce zajęła koncertowa „Tosca” z udziałem gwiazd współczesnej opery: Sonyi Yonchevej, Jonathana Tetelmana i George’a Gagnidze, ale również koncerty znakomitych pianistów, m.in. Langa Langa i Kate Liu.

Centralny Plac Muzyki stał się przy tym dowodem na to, jak wiele można osiągnąć dzięki współpracy. Intensywnie promowano tu nadchodzącą 26. edycję Festiwalu Ogrody Muzyczne. I znów – zamiast konkurencji pojawiła się kooperacja. Podczas Ogrodów wystąpili m.in. bracia Hyuk i Hyo Lee, Artur Ruciński czy kontratenor Vincenzo Capezzuto, a podczas gali operowej poświęconej Bogusławowi Kaczyńskiemu „Wielka sława to żart” – m. in. Adriana Ferfecka, Paweł Horodyski, Nazarii Kachala i Grzegorz Pelutis.
To nie są wydarzenia konkurencyjne
Jeden festiwal nie musi „zabierać widza” drugiemu. Jest wręcz przeciwnie – takie inicjatywy rozbudzają ciekawość i potrzebę uczestniczenia w kulturze. Każde wydarzenie ma własną specyfikę i strategię, a razem budują publiczność, która płynnie przechodzi z jednego doświadczenia w kolejne. I właśnie w takim pejzażu pojawia się Break in Classic.

Otwock Wielki, czyli początek baśni
Otwock i jego okolice to kraina szczególna. To tutaj mieszkał Michał Elwiro Andriolli, ilustrator słynnych wydań „Pana Tadeusza” i twórca Soplicowa. Tutaj narodziła się charakterystyczna architektura drewnianych willi, którą Konstanty Ildefons Gałczyński ochrzcił mianem Świdermajera. Nad meandrującym Świdrem od lat szukano wypoczynku, a sam Otwock wyrósł przecież jako podwarszawskie uzdrowisko. Otwock Wielki leży nieco dalej, ale pozostaje równie czarodziejski.
Inicjatorzy i dyrektorzy Break in Classic – Jakub Józef Orliński, jeden z najpopularniejszych dziś polskich śpiewaków na świecie, oraz pianista i kompozytor Aleksander Dębicz – wymyślili niezwykłą formułę trzydniowego święta muzyki i znaleźli dla niej miejsce idealne. Trzeba wyjechać z Warszawy – organizatorzy zapewniają autobusy spod Muzeum Narodowego, ale większość przyjeżdża własnym transportem.
Pałac Bielińskich, oddział Muzeum Narodowego w Warszawie, rozległy park i jezioro Rokola tworzą przestrzeń, w której można niemal zagubić poczucie czasu. Przyjeżdża się tutaj nie tylko na koncert, ale też na wycieczkę, spotkanie, odpoczynek i przygodę. Break in Classic łączy wysoki poziom artystyczny z wakacyjną atmosferą – i nie ma w tym cienia przesady.

Zainteresowanie drugą edycją było ogromne
Teren festiwalu wypełniły tłumy – zarówno zagorzali melomani, jak i ci, którzy być może dopiero zaczynają swoją przygodę z klasyką. Światowej klasy artyści grają bez dystansu, publiczność siedzi na trawie, a klasyka zrzuca frak i oddycha pełną piersią.
Już po pierwszej edycji było jasne, że na muzycznej mapie Polski pojawiło się coś wyjątkowego. Jak pisała na łamach ORFEO Anna Wojtukiewicz, publiczność otrzymała nie tylko koncerty, ale prawdziwą ucztę dla zmysłów, łączącą dźwięk, naturę i emocje.
Na tym właśnie polega istota tego przedsięwzięcia: klasyka ma być otwarta, swobodna i bliska każdemu. W Otwocku Wielkim można spędzić cały dzień – słuchać muzyki, spacerować, odpoczywać, spotykać artystów. Dobrze pomyślano także strefę gastronomiczną, w której pojawiają się m.in. specjały Urzecza, to wspaniała promocja regionu. Festiwal przestaje więc być ciągiem koncertów, a staje się doświadczeniem miejsca.

Orliński – idol klasyki
Dla ogromnej części publiczności magnesem pozostaje oczywiście Jakub Józef Orliński, który podczas festiwalu jest właściwie wszechobecny. Nie odgradza się od uczestników, podobnie jak inni artyści. Po koncertach można porozmawiać z muzykami, zdobyć autograf czy zrobić wspólne zdjęcie. Dystans między sceną a widownią zostaje świadomie skrócony.
Orliński wystąpił w premierowym programie, opartym na wybranych pieśniach Johna Downlanda, opowiadającym o kolejnych etapach miłości bohatera lirycznego. Towarzyszył mu przy fortepianie Aleksander Dębicz. Na bis zabrzmiała quasi-rockowa „Toccata No. 1” z projektu „#LetsBaRock”.

Orliński potrafi wywołać reakcje, których podczas koncertów klasycznych właściwie się nie spotyka. Jest w tym coś z euforii towarzyszącej niegdyś Beatlesom czy wielkim gwiazdom rocka, a jeśli sięgnąć głębiej – także coś z opowieści o Lisztomanii. Krzyki, uwielbienie, tłum oczekujący na artystę. Orliński potrafi porwać publiczność i chyba nie do końca zdaje sobie sprawę ze skali tego fenomenu.
Aleksander Dębicz jest dla niego znakomitym partnerem. Obaj świetnie się uzupełniają, choć czasami można odnieść wrażenie, że odrobinę zbyt mocno grają pod publiczność. Nie muszą – ich fani i tak są całkowicie po ich stronie.

Dziewięć koncertów i swoboda przekraczania granic
Druga edycja Break in Classic to dziewięć koncertów – po trzy każdego dnia – i program bardzo różnorodny, choć jako zagorzały miłośnik opery przyznam, że właśnie tego gatunku chciałbym tutaj w przyszłości usłyszeć nieco więcej.
Nie brakowało znakomitych artystów. Fuse, amsterdamska formacja swobodnie poruszająca się pomiędzy klasyką, jazzem, muzyką kameralną i improwizacją, dała występ pełen energii, bezpretensjonalny i muzycznie znakomity.

Podobnie Théotime Langlois de Swarte i Le Consort. Francuski skrzypek, mistrz barokowych interpretacji, zaprezentował wraz z zespołem „Cztery pory roku” Antonio Vivaldiego. Ich autorskie odczytanie okazało się brawurowe, świeże i chwilami zapierające dech w piersiach.
Każdy festiwalowy wieczór kończy się Silent Disco. Można tańczyć, śmiać się, być razem i jednocześnie pozostać we własnym świecie dźwięków. Po kilku godzinach koncertów jest w tym coś niezwykle uwalniającego.

Arkadia nad jeziorem
Przez trzy dni Otwock Wielki przemienił się w idyllę. W Arkadię, w której czas płynie inaczej – przestrzeń wypełnioną wielką sztuką, ale pozbawioną sztywności i dystansu. Jakub Józef Orliński i Aleksander Dębicz okazali się znakomitymi przewodnikami po tej krainie.
Największą siłą Break in Classic nie jest jednak ani pałac, ani jezioro, ani nawet lista znakomitych nazwisk. Jest nią poczucie, że muzyka klasyczna może być naturalną częścią życia. Że można przyjechać na Vivaldiego, zjeść obiad na trawie, spotkać artystę, posłuchać Händla i wieczorem zatańczyć w słuchawkach, nie zastanawiając się, czy zachowujemy się wystarczająco „klasycznie”.
Miejmy więc nadzieję, że kolejna edycja Break in Classic odbędzie się bez przeszkód. Zapowiadany kilkuletni remont Pałacu Bielińskich stawia pytanie o przyszłość festiwalu w tej lokalizacji. Pozostaje trzymać kciuki, aby udało się zachować coś ważniejszego niż sam adres – atmosferę miejsca, która stała się jednym z bohaterów całego przedsięwzięcia.

Jeśli cenisz nasze treści, możesz wesprzeć ORFEO symboliczną kawą ☕
☕ Postaw kawę



